Zanim jeszcze polska scena kibicowska zaliczyła bardzo widoczny „skręt na prawo” były takie organizacje, które chciały na stadionach polityki. A to jakieś akcje „przeciwko rasizmowi”, to jakieś promowanie „tęczowych trybun”. Innymi słowy – chciało się szerzyć lewactwo. Zatem polityka była widziana mile.
Ostatnio trybuny ewoluowały, a tempo „skrętu na prawo” przerosło oczekiwania prowodyrów tegoż skrętu. Mało która kibicowska ekipa nie ma w arsenale swoich flag jakiejś z przekreślonym sierpem i młotem. I natychmiast lewactwo zaczęło się drzeć o konieczności wyprowadzenia polityki ze stadionów.
Znakomita większość ludzi w szalikach ma te pokrzykiwania gdzieś.
Ale znalazło to pokrzykiwanie podatny grunt wśród internetowych troli udających kiboli, a w najlepszym przypadku będących sympatykami. Na wszystkich możliwych forach kibicowskich pojawiły się także wynalazki udające kibiców, których etatowym zadaniem jest pisanie o „konieczności usunięcia polityki ze stadionów”.
Fajnie to wyglądało kilka tygodni temu, gdy ci „apolityczni” byli zdziwieni, że wygwizdano minutę ciszy ogłoszoną dla… polityka. Chcieli wyrzucić politykę ze stadionu, a tu kibice nie chcą czcić na stadionie polityka… toć to opatuleni w szaliki zwykli zbrodniarze!
Pitolenie o tym, że sport kwalifikowany może być apolityczny to jest dokładnie to samo, co robił aparat propagandowy Związku Sowieckiego. Na ustach frazesy o pokoju, tymczasem całe państwo się zapadło z uwagi na koszta prowadzonego wyścigu zbrojeń.
Jak naprawdę wygląda układ sportu i polityki doskonale pokazuje krótki, lecz treściwy artykuł. Prośba o uważne przeczytanie go. Dla kibiców Śląska Wrocław i Lechii Gdańsk będzie to o tyle łatwe, że w istotny sposób treść artykułu dotyka tych właśnie klubów:
http://niezalezna.pl/48799-kolega-schetyny-zostawia-klub-tuska-lechia-gdansk-stracila-glownego-sponsora
Roman Zieliński, fot. gazetaprawna.pl
</section>