Wlazłem na forum, dzięki temu przeczytałem kolejny „list od czytelnika” zamieszczony w Głosie Tel Awiwu. Tu drobna uwaga. Gdy jeszcze ze dwa lata temu w Głosie Tel Awiwu ukazywał się jakiś artykuł o kibicach albo o mnie osobiście, to z samego rana byłem atakowany telefonami, wpisami na internecie czy jeszcze inaczej.
Zawsze moja złośliwa natura lekko kpiła z informatorów: „że też nie masz czego czytać” lub „a ręce ci teraz nie śmierdzą, jak sobie potrzymałeś w nich ścierwo?”. Teraz zauważyłem, że znaczna część ówczesnych czytelników Głosu Tel Awiwiu zaprzestała praktyk dotykania tegoż syfu. W linki do nich też nie wchodzą. I mają święty spokój. A i ja mam więcej spokoju. I gdyby nie przedruk na forum, to bym głupot nie wyczytał.
Dlatego pierwsze zdanie z tego artykułu jest ważne.
Wracając do tematu. Na forum wklejono „list od Sylwii”, która to opisuje, jak ze swoimi synami 14 i 12-letnim poszła na mecz z Krecikami i nad jej głową rozpostarto sektorówkę. Mało tego, jeszcze race pod nią (to znaczy pod sektorówką) odpalono. I tak to strasznie przeraziło Sylwię…
Komentarze
Zanim sam coś wspomnę o własnych spostrzeżeniach, najpierw zacytuję forumowiczów, którzy sobie jaja robią z autora (nie, nie ma pomyłki: autora).
Otóż jeden z forumowiczów, moderator „Kwachu” stwierdził, że w związku z tym, że nieroztropna mamuśka sprowadziła na syna niebezpieczeństwo, to natychmiast należy odebrać wyrodnej matce prawa rodzicielskie. A małolat, tak skłonny do różnego rodzaju namów ze strony kolegów (to był ponoć powód jego pójścia na mecz) jak najszybciej powinien znaleźć się w ośrodku wychowawczym, czy też odwykowym.
Złośliwy komentarz redaktora naczelnego
Gdy po raz pierwszy poszedłem na mecz, nie miałem pojęcia co jak się nazywa. Teraz o kibicach jest sporo w mediach, ale uwierzcie, że i tak kibicowska gwara jest dla osób nie z klimatu okraszona tak wieloma pojęciami, o których nie mają zielonego pojęcia, że nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy. Ja też dopiero, gdy się nasłuchałem (bodajże 20 lat temu) wypisu takich słów zrobionych jako pracę magisterską (nieskromnie powiem, że zostałem poproszony o przejrzenie i uzupełnienie materiału jako ekspert) chwyciłem, że tak naprawdę zasób pojęć zrozumiałych dla naszej grupy społecznej jest niezwykle szeroki.
Ktoś, kto przyszedł pierwszy raz na mecz nie zna słowa „sektorówka”. A z listu wynika jasno, że zarówno Sylwia, jak i jej synowie byli na meczu po raz pierwszy.
Dobra, list się ukazał kilka dni po wydarzeniu, zawsze można się było dowiedzieć z mediów, czym była ta płachta nad głową. Nawet z mediów głównego nurtu.
Kolejny problem. Nie słyszałem o tym, by ktoś idąc po raz pierwszy w życiu na cokolwiek, ładował się w samo centrum wydarzeń. Zwłaszcza z dziećmi. Natomiast wielokrotnie stojąc pod kasami, widziałem jak osoba niezorientowana dopytywała się „na jaki sektor kupić wejściówkę”. „Pierwszaki”, nawet te kilkudziesięcioletnie, słysząc, że „na B są najzagorzalsi fani” brali wejściówki na inne sektory. Lubię przyglądać się piknikom, zatem wiem, iż pikol zawsze idzie gdzieś indziej.
Swoją drogą w relacji „Sylwii” jakoś nie było nic o zakupie wejściówek. A – powiedzmy to sobie szczerze – wśród tych, którzy kupowali bilety po raz pierwszy, sposób ich nabywania stanowi spory szok. „Sylwia” wiedziała, że potrzebne są dokumenty tak jej, jak i synów?
Znam reakcje ludzi, którzy zaliczyli ileś wyjazdów, lecz przez kilka lat nie było ich w Polsce. Nawet oni kupując po raz pierwszy bilet imienny są w lekkim szoku. „Sylwia” – nie.
Kolejny element. Pikol – pierwszaczek nie dość, że wybiera miejsce na stadionie przez pół godziny, to jeszcze na samym obiekcie próbuje je odnaleźć. Dopiero jak zostanie wyśmiany zaczyna chwytać, na czym to polega. O tym elemencie „Sylwia” jakoś nie rozprawiała.
O samej technice zakupienia biletu nie wspomnę. Pierwszy raz na mecz i „Sylwia” wiedziała, że trzeba przyjść godzinkę przed spotkaniem, by spokojnie dostać wejściówkę? Bo jak się przychodzi bez wejściówki na kwadrans przed pierwszym gwizdkiem, to się wchodzi na stadion już w czasie trwania zawodów. A wtedy zająć miejsce w środku gawiedzi dla osoby kompletnie niezorientowanej jest zadaniem niewykonalnym.
Tu już pozwolę sobie na pierwszą skromną ocenę nacechowaną insynuacjami. Otóż dziennikarze nie mają problemów z biletami, bo ich nie kupują.
Dobra, jedziemy dalej
„Sylwia” ma syna 12-letniego. Ja mam akurat 15-latka, ponadto troszkę się znam na relacjach między wiekiem a wzrostem u dzieciaków. 12-latkom trudno jest oglądać mecz, gdy wszyscy wokół stoją, choćby z tego względu, że mają jakieś 140 centymetrów wzrostu. Troskliwa mamusia przyszła na mecz i stanęła w miejscu, w którym jej ukochana pociecha nic nie widziała? Dobre.
Miejsce, w którym „Sylwia” musiała być, było zapchane ludźmi. Skąd to wiem? Ano stąd, że race pod sektorówką zapłonęły w dwóch miejscach. W dwóch nieźle zapełnionych miejscach. W obu 140-centymetrowy chłopak miałby poważne kłopoty, by zobaczyć cokolwiek.
Już nie będę się znęcał nad pechem „Sylwii”. Sektorówka miała niemal pół hektara, a ona wylądowała w obrębie paru metrów od jednego z dwóch jakże niebezpiecznych miejsc.
No i jeszcze jedna rzecz. Obejrzałem sobie fotki z trybun z tego meczu ze szczególnym uwzględnieniem najbliższych okolic miejsc, w których zapłonęły race pod płótnem. W jednym, dość dobrze udokumentowanym, żadnej trzydziestokilkulatki z około 12-letnim dzieciakiem nie ma na pewno. Ani przed wysunięciem sektorówki, ani po jej ściągnięciu.
Podsumowanie i sensacja
„Sylwia” jest osobą wirtualną. Zresztą identycznie jak „Adam z Yorku” w Dundee, który napisał list, będący powieleniem fragmentów relacji z wyjazdu do Szkocji z Fana.
Tak na marginesie listów do Głosu Tel Awiwu na temat kibiców. Ponurym żartem jest fakt, że w Gdyni, podczas procesu kiboli Śląska i Lechii oskarżonych o „wtargnięcie na imprezę masową” jednym z zasiadających na ławie oskarżonych jest… pracownik Głosu Tel Awiwu, deklarujący zarobki w wysokości 7 tysięcy złotych miesięcznie.
Co ich boli?
Po co takie listy powstają? Otóż wczytując się dokładnie w treść wypocin „Sylwii” widać, co jest faktycznym powodem do zmartwień dla pismaków Głosu Tel Awiwu. Bardzo obawiają się presji w szkołach. Presji, która nagania młodzież na stadion. Sektorówek jako takich to się nie boją, natomiast bardzo boją się opraw patriotycznych, czemu dali wyraz swego czasu po pokazaniu „Żołnierzy Wyklętych” wraz z hasłem „Słuchajcie dzieci, czy uczą was w szkole, kim byli Żołnierze Wyklęci?” skierowanym do licznie zgromadzonej młodzieży (8,5 tysiąca), specjalnie zaproszonej na to spotkanie (z GKS-em Bełchatów). Dzieciaki wraz z całym stadionem skandowały „Cześć i chwała Bohaterom” oraz „Żołnierze Wyklęci – cześć ich pamięci”
Tego się właśnie w „Głosie” boją. Że presja zagoni młodzież na stadion, a na trybuny indoktrynacja „Głosu” nie tylko nie dociera, lecz jest tam wyśmiewana, wyszydzana. I na tychże trybunach panują wartości, które nie pasują ludziom chcącym Polaków otumanić, ogłupić i wynarodowić.
Roman Zieliński
Dla tych, którzy chcą się pośmiać z wypocin, list autorstwa „Sylwii”, opublikowany w Głosie Tel Awiwu:
„Przeczytałam właśnie o bezmyślnych kibolach palących race na meczach Śląska Wrocław. Tak się złożyło, że byłam razem z dwójką dzieci na tym feralnym spotkaniu.
Jestem matką dwóch chłopców, 14- i 12-latka. Ten pierwszy namówiony przez kolegów postanowił się wybrać na derby. Bojąc się szykan w szkole (swoją drogą to skandal, że dyrekcje szkół pozwalają na wnoszenie szalików i ogólną agitację kibolską na terenie placówek oświatowych), zgodził się.
Pozwoliłam mu na udział w meczu jedynie pod warunkiem, że pójdę z nim na ten mecz. Jeśli nie mogłam go od tego pomysłu odwieść, to chociaż miałabym na niego oko. Swojego młodszego syna również zabrałam. Teraz wiem, że zachowałam się wielce nieodpowiedzialnie.
Sam początek spotkania zapamiętam mało sympatycznie. Na trybunie, którą zajmowałam razem z synami, można było zauważyć wielu dość nieciekawych osobników, kilku pod wpływem alkoholu, a może i czegoś innego. Przyznam szczerze, że zaczęłam się obawiać o bezpieczeństwo swoje i chłopców. Nawet chciałam wyjść, ale synowie mnie przekonali, żeby zostać.
Czarę goryczy przelała sektorówka, którą ktoś postanowił rozłożyć na naszych, kibiców, głowach. Nie rozumiem, w jakim celu, chyba tylko takim, żeby uniemożliwić oglądanie meczu. W jakim innym celu przychodzi się na mecz? To tak jakby w filharmonii kazać założyć nam stopery do uszu. Kiedy dość głośno wyraziłam sprzeciw, spotkałam się z falą agresji, na szczęście jedynie słownej. Zrezygnowałam i modliłam się, żeby ten mecz skończył się jak najszybciej.
Ale to, co stało się chwilę później, to już skandal i mam nadzieję, że policja i przede wszystkim wy, jako dziennikarze, napiętnujecie i winnych pociągniecie do odpowiedzialności. Oto grupa młodych chuliganów (tak ich będę nazywać) postanowiła odpalić race pod wspomnianą sektorówką. Czy to nie jest skrajna głupota i narażenie bezpieczeństwa ludzi? A przypomnę, że tam było co najmniej kilka tysięcy kibiców. Już nawet nie zwracałam uwagi prowodyrom, tylko skuliłam się, obejmując młodszego syna i czekając, aż race przestaną się palić.
Na szczęście nic nikomu się nie stało, ale do tragedii brakowało naprawdę niewiele. Gdzie była ochrona? Śląsk Wrocław wielokrotnie reklamował się jako klub rodzinny, zapraszający na stadion rodziny z dziećmi. I funduje im takie rozrywki? Dziękuję bardzo, mnie na stadionie nie zobaczą już nigdy. Podobnie jak moich synów. O ile jeszcze starszy udawał chojraka, mówiąc, że mu się to podobało (jestem pewna, że to na pokaz, żeby zyskać akceptację kolegów kiboli w szkole), to młodszy był autentycznie przestraszony „
</section>