Trzeba było odczekać cały dzionek, żeby móc z dystansem spojrzeć na mecz reprezentacji ze Słowacją we Wrocławiu. Kij z tym, co się działo na boisku. Ważne z naszego punktu widzenia były trybuny.
Stado ludzi z dziwnymi nakryciami głowy rodem z siatkówki z jednej strony śmieszy. Pikoliada na maksa. Typy, które nie mają pojęcia po co się na tym stadionie znaleźli, siedzą i żrą popkorn, żłopią bezalkoholowe piwo i robią fotki na swój internetowy profil.
Jest też coś, co w tym zalewie pikników cieszy. Cała ta błazenada, mimo wszystko, powpinała sobie piórka, poprzypinała rogi, poubierała kapelusze Twinki Pinki w biało- czerwonych barwach. Tych kolorach, za którymi ideologia rodem z Głosu Tel Awiwu specjalnie nie przepada i chciałaby w ich miejsce widzieć barwy tęczowe.
Doping – rewelacja dla leniwych. Nic nie trzeba robić. Parę razy się gwizdnie, ze dwa razy zaśpiewa Hymn (tylko pierwszą zwrotkę, po co więcej), kilka razy dla jaj „nic się nie stało. Polacy nic się nie stało” i przynajmniej raz należy ryknąć coś o hańbieniu barw narodowych przez skórokopów.
Normalka. Do takiej publiki na reprezentacji już się zdążyliśmy przyzwyczaić.
Jest pytanie, czy na meczu we Wrocławiu jednak powinna zawisnąć flaga pokazująca, kto jest kim na tym stadionie. Dwie odmienne opinie panują wśród kibiców Śląska.
Jedni twierdzą, że trzeba pokazać kompletne olewactwo.
Drudzy twierdzą, że jednak należałoby zaznaczyć odpowiednią barwą pikolom to, że nie są u siebie,.
Życie zweryfikowało spór na korzyść tych pierwszych. Nie wiadomo (przynajmniej redaktorom Fana), czy zrobiono to z premedytacją, czy był to efekt kompletnego zaniechania lub bezhołowia. Nieistotne.
Na pewno rączki zacierał kasjer PZPN-u, bo udało się zgromadzić komplet publiki. Przynajmniej media donoszą o sprzedaży wszystkich wejściówek, choć widać było łysinki na trybunach. Ale być może puste miejsca spowodowali ci, którzy bilety dostali, lecz ziąb spowodował, że woleli jednak oglądać meczyk za pośrednictwem telewizji w cieple domowego ogniska. Czy tam knajpianego kaloryfera.
Mecz we Wrocławiu udowodnił, że na spotkania kadry wciąż lezie stado lemingów. Czy to w postaci turystów stadionowych, czy na zasadzie „pójdę zobaczyć coś nowego”, ale lezie.
Dopóki będą leźć, dopóty fanów będzie się na takich imprezach traktować jako zbędny element stadionowej rzeczywistości.
Roman Zieliński, PK, BK, fot. klockowo.pl
</section>