Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl

Jacku – żegnaj na zawsze

Czekałem żeby ten tekst napisać pięć długich lat. Lat, które ciągnęły się niesamowicie powoli, obfitowały w zwroty w życiu prywatnym i zawodowym. Łączyło je jedno – miłość do Śląska.
Wielka, ogromna, ale już nie ślepa. I ze względu na tę miłość nie chciałem pewnych rzeczy mówić, aby Śląska nie atakować. Bo ukazując pewne fakty musiałbym w złym świetle postawić Śląsk.
Dzisiaj, kiedy już tych ludzi nie ma, mogę napisać poniższy tekst, z otwartą przyłbicą, podpisując się imieniem i nazwiskiem.
Początek historii
Pierwszy raz pojawiłem się w Śląsku trochę przypadkowo. Ponieważ produkowałem wtedy sporo imprez – głównie koncertów – i sporo grałem, a co za tym idzie poznałem siłą rzeczy wielu ludzi. Wśród nich był Krzysiek Świątkowski – wtedy menadżer klubu. Uwielbiałem podpytywać go o różne sprawy związane ze Śląskiem i chłonąłem wszelkie informacje z wypiekami na policzkach.
Pewnej soboty zadzwonił do mnie wieczorem telefon. Akurat wróciłem z grania, odebrałem, byłem na after party.
- Cześć, chciałbyś pracować w Śląsku? – Zdębiałem na moment.
- Oczywiście, ale co miałbym robić?
- Potrzebujemy ogarniętych ludzi, do roboty jest praktycznie wszystko, od organizacji meczów, przez promocję, marketing itd. Jesteś zainteresowany?
Nie zastanawiałem się sekundy
– Jasne, jeżeli mogę pomóc, to będę zaszczycony.
- To zabieraj potrzebne dokumenty i przyjedź w poniedziałek na Oporowską.
Zwariowałem. Szaleństwo, pijaństwo, tańce radości i śpiewanie do rana.
W niedzielę się ogarnąłem, poszedłem do Kościoła i w poniedziałek przyjechałem pod Klub.
Pod stadion, na którym bywałem od 5 roku życia – najpierw z moim tatą, później już sam.
Na który uciekałem czasem ze szkoły, na którym przeżywałem różne momenty, miałem wielu kolegów i kilku prawdziwych przyjaciół.
Krzysiek wyszedł do mnie na parking – wtedy siedziba Klubu mieściła się w 3 pomieszczeniach na ostatnim piętrze hotelu „Śląsk”. Wjechaliśmy trzęsącą się windą na gĂłrę – tu jest pokĂłj marketingu i mĂłj, tu prezesa, tutaj jest księgowa.
W pokoju „marketingowym” 2 osoby – Monika i Mariusz. Przedstawiliśmy się sobie, później księgowa – no i się zaczęło.
To był cały Śląsk. Zupełnie inny od moich jakichkolwiek wyobrażeń. Wtedy organizacyjnie byliśmy bliżej zespołu pieśni i tańca niż jednego z najbardziej uznanych klubów w Polsce.
Prezesem był Sobański, którego zapamiętałem z tego, że rano lubił poczytać gazety – również te sportowe.
Później wychodził i zwykle już nie wracał.
My robiliśmy dosłownie wszystko. Należy pamiętać, że to były czasy, kiedy Śląsk musiał dostawać pozwolenie od policji na rozegranie meczu każdorazowo. Czyli każdorazowo na Oporowską przyjeżdżała policja, był obchód całego obiektu a po nim wydawana decyzja. Często odmowna – tak po złości, żebyśmy z taczką musieli zasuwać i zbierać kamienie.
Pierwsze zmiany w Śląsku
Z tymi kamieniami to były niezłe jaja. Po remoncie Oporowskiej wystarczyło mocniej tupnąć nogą w tłuczeń i od razu wychodziły kawałki cegłówek i inne wynalazki. Po deszczach była katastrofa – woda odsłaniała kolejne kamienie, więc policja szalała, a my zasuwaliśmy aż miło.
Po zmianie prezesa w Śląsku pojawił się Piotrek Mazur. Uważam, że mimo młodego wieku sprawdził się w klubie w tym trudnym czasie – były kłopoty z pieniędzmi, autobusem dla piłkarzy, dosłownie ze wszystkim. Pewnego razu po odmowie policji znowu trzeba było ruszać z taczką do zbierania kamieni.
Było za późno, żeby ściągnąć ochotników – „Damy radę sami” powiedziałem. Ściągnęliśmy marynarki i zapieprzaliśmy z tą cholerną taczką tak ostro, że Piotrek będący wtedy prezesem zgubił buta w błocie. Śmiechu było co niemiara – ale zyskał u mnie ogromną sympatię i szacunek.
Umorusani, ale szczęśliwi usunęliśmy wszelki powody do uwag wąsatych panów i mecz mógł się odbyć.
Sportowy kocioł
Po sympatycznym, ale nie mającym wyników Lubosu Kubiku oraz wszystkowiedzącym Nowickim nastała era Jana Żurka. Janek był równie sympatyczny, można było z nim było godzinami rozmawiać o piłce. Ale drużyna była rozbita i rozpita. „Wzmocnienia” spadami z Lubina okazały się iluzoryczne i zamiast obiecanych 40 punktów Śląsk nie awansował do Ekstraklasy.
Żurek po tym, jak ostrzej warknął na piłkarzy usłyszał od jednego z nich, żeby spierdalał, bo i tak zaraz wraca Taraś. I faktycznie, po sezonie Taraś powrócił.
Rezerwy
To, co działo się wokół pierwszej pierwszej druĹźyny to był czeski film. Ale to, co działo się z rezerwami, to juĹź był – przepraszam za określenie – totalny burdel.
Dostawaliśmy zgodę od Piotrka Mazura, żeby czasem poobserwować treningi piłkarzy.
Ja jako kibic uwielbiałem spędzać przy boisku chociaż parę minut i patrzeć jak chłopaki trenują. Z czasem nabrałem jednak do niektórych z nich dystansu – ale o tym później.
Kiedyś Świątkowski jeszcze przed swoim odejściem poprosił mnie, żebym się zajął drugą drużyną, bo tam była organizacyjna masakra.
Kierownikiem drużyny był Witek Gul – ojciec jednego z piłkarzy, który swoich słynnym klekoczącym polonezem woził młodych na treningi – m.in. Bodka Gula, Kamila Bilińskiego, Tadka Sochę. Witek kochał Śląsk, ale nie ze wszystkim był w stanie się przebić.
Trenerem rezerw został był wtedy Tomek Hryńczuk. Dostałem polecenie wyjazdu na mecz, by zobaczyć z bliska jak to wygląda. A wyglądało tragicznie – stary, rozklekotany bus ze spalinami lecącymi do ośrodka, zawodnicy w różnych dresach, często bez herbu na koszulkach.
Zespół nie miał wtedy lekarza – jak ktoś miał kontuzję, to wtedy młody Tarasiewicz – Daniel – leciał na boisko i polewał mu nogę wodą z bidona.
Na bramce stał niedosłyszący Krzysiek Dąbrowski, kilku młodych chłopaków w polu i kilka „spadów” z pierwszej drużyny. Byłem załamany. Po powrocie złożyłem obszerną relację Piotrkowi Mazurowi. Wysłuchał, zaczęliśmy działać. Znalazł się sponsor, który ufundował nowe komplety strojów dla rezerw, załatwiliśmy porządniejszy autobus. Tomek Hryńczuk został trenerem bramkarzy w pierwszym zespole a rezerwy objął Wiesiek Urycz.
Od Klubu dostaliśmy całe 2 tysiące złotych za zwycięstwo do podziału na wszystkich zawodników i cały sztab szkoleniowy. I nagle nasi chłopcy zaczęli wszystko wygrywać – bo dla młodych, którzy mieli po 500-1000 zł stypendium, premie z wygranych meczów stanowiły sporą część dochodu. Zawodnicy dawali z siebie maksa i prawie awansowali do III ligi.
Udało się też dla nich załatwić obiady na niektóre wyjazdy – to też była dla nich spora oszczędność.
Wygrali wtedy chyba z 12 czy 13 meczów z rzędu.
Przerwa i powrĂłt
Nie pamiętam o co dokładnie chodziło, ale rozstałem się ze Śląskiem – w zgodzie i bardzo dobrych relacjach na ponad rok.
Wróciłem, kiedy pojawiło się ogłoszenie, że szukają chętnych.
Wysłałem CV, zadzwonił telefon – tym razem Paweł Żelem.
Zostałem zaproszony na rozmowę – dostałem pół godziny na przygotowanie swoich propozycji promocyjno – marketingowych. Zostały przyjęte, przyjąłem proponowane warunki i rozpocząłem pracę.
Tak dla wyjaśnienia, bo byłem wielokrotnie o to pytany – za pierwszym razem zarabiałem ponad 1000 złotych, za drugim nieco więcej. To dla tych, którzy myśleli, że w Śląsku wtedy były kokosy.
A zasuwało się 7 dni w tygodniu, ale nikt – przynajmniej głośno – nie narzekał.
Śląsk dla ludzi
Moim oczkiem w głowie stały się Fan Cluby. Odpowiadałem za organizację spotkań zewnętrznych zawodników z Kibicami. Chciałem, żeby na meczach stawiały się delegacje z każdego Fan Clubowego miasta – a wtedy bywało z tym bardzo słabo.
UwaĹźałem – i nadal uwaĹźam – Ĺźe Śląsk powinien maksymalnie wychodzić do ludzi, organizować jak najwięcej spotkań z Fanami – bo to oni na końcu łańcuszka utrzymują ten Klub. Kto tego nie zrozumie, ten nie ma czego szukać w piłce noĹźnej i innych dyscyplinach sportu. Nowy stadion miał się budować, więc waĹźna była praca juĹź wtedy, Ĺźeby zachęcać i pozyskiwać nowych FanĂłw.
Obywaliśmy spotkania co tydzień. W różnych miejscach – szkołach, halach sportowych, salach kinowych. Zjeździliśmy wiele miejscowości na Dolnym Śląsku – spotkaniom zawsze towarzyszyła bardzo duża frekwencja i zainteresowanie lokalnych społeczności. Niestety w Klubie nie wszyscy podchodzili do tego ze zrozumieniem. Raz w drodze na kolejny „Dzień ze Śląskiem” jeden zawodnik – nie chcę podawać nazwiska, nie wiem nawet, czy jeszcze kopie piłkę – stwierdził w busie, którego prowadziłem, że ma „w dupie te spotkania na jakiś wiochach, bo to tylko strata czasu, a on jest głodny”.
Zatrzymałem busa, poleciała bardzo ostra wiązanka związana z pewną propozycją, której nie przyjął. To dało mi dużo do myślenia.
Kiedy jechaliśmy na pierwszy wyjazd na nowy stadion przy Łazienkowskiej zatrzymałem się po drodze, popatrzyłem, i z ogromną satysfakcją dostrzegłem jak wiele się zmieniło.
Fan Cluby miały swoje bluzy, kurtki, były widoczne, stały się poważną siłą na Śląsku.
Zawodnicy
To osobny temat. Bardzo szybko przestałem się łudzić, że ktoś „kocha Śląsk, ma go w sercu” itd.
Oczywiście, nie mówię tu o chłopakach z rezerw, którzy nigdy nie odstawiali nogi, o naszych wychowankach jak Kuba Małecki.
Sposób prowadzenia się był daleki od sportowego. Kiedyś zostałem zaproszony na imieniny jednego z dziennikarzy. Sobota, przyjeżdżamy po meczu – mocno spóźnieni, bo to jeszcze konferencja była, trzeba było posprzątać itd.
Ku naszemu zdziwieniu w knajpie siedzą zawodnicy razem z dziennikarzami, wódka leje się strumieniami, kilku młodych zerwało się do wyjścia.
To był ich wolny czas – ale kolejny mecz mieli w środę.
Zero profesjonalizmu i zero szacunku.
Podczas swojej przygody poznałem wielu piłkarzy, są różni, to też ludzie, ale chłopaków pokroju Piotrka Celebana życzyłbym Śląskowi zawsze. Przykładny profesjonalista przestrzegający diety i zasad zdrowego żywienia. A innych gwiazdorów często widywało się „na Rynku” czy w KFC.
Waśniewski i Kubiak
Kiedy w Śląsku pojawił się Piotr Waśniewski wiązałem z tym na początku spore nadzieje.
Ale już podczas pierwszego spotkania padły słowa, że „niestety niezbyt znam się na piłce nożnej”. Jasne, prezes nie musi się na piłce znać, ale fajnie, żeby chociaż ją lubił. A p. Waśniewskiego jakoś z meczów przy Oporowskiej sobie nie przypominałem.
Po nim pojawił się Kubiak – wtedy wiedziałem, że moja przygoda z Klubem się kończy.
Facet w jednym z pierwszych zdań powiedział, że „on nie rozumie, dlaczego w piłce nie można dodać nazwy sponsora do nazwy klubu”. Przecież to by były takie pieniądze!
Nam szczęki poopadały.
Akurat na wywiad z Kubiakiem przyszli chłopacy z portalu „Szlachta z Wrocławia”. Poprosiliśmy ich, żeby podczas samego wywiadu zadali mu to pytanie. Wtedy Kubiak się zmieszał i oczywiście wszystkiemu zaprzeczył.
Z pojawieniem się Kubiaka pojawiły się również nowe obyczaje – mówienie podniesionym głosem, często zaczęły się pojawiać w pracy przekleństwa.
Proponuję sprawdzić skąd Śląsk wynajmował bandy diodowe i ekran na wszystkie mecze rozgrywane w lidze i Pucharze Ekstraklasy we Wrocławiu – w KRSie tamtej spółki widniał Jacek Kubiak.
Dołączam link: http://www.krs-online.com.pl/sport-media-spolka-z-ograniczona-archiwum-263151-229429.html
Proszę również sprawdzić skąd była wypożyczana scena i sprzęt na prezentacje w Rynku.
Jedyną imprezą dobrze organizowaną przez Pana Jacka były imprezki zakończeniowe na koniec rundy lub sezonu.
Wtedy faktycznie wszystko zorganizowane było na tip – top.
O „fecie” mistrzowskiej, wprowadzaniu biletów on-line, maksymalnie wydolnych punktach sprzedaży czy koncertowym zmarnowaniu potencjału związanego z nowym stadionem, Euro, wice- i mistrzostwem Polski nie wspomnę.
Po ostrej sprzeczce z Kubiakiem 5 lat temu odszedłem ze Śląska. Oczywiście jako powód rozwiązania umowy o pracę podano zupełnie coś innego.
Waśniewskiemu mam do zarzucenia coś zupełnie innego. Celeban, Fojut, Kowalczyk i wielu innych odeszło ze Śląska za darmo.
Bez uzyskania choćby jednego Euro. Sobota – za bańkę.
Tego nie mogę zrozumieć i wybaczyć nawet prezesowi, który się średnio na piłce znał.
Bo kontrakty czytać ze zrozumieniem powinien potrafić.
Podsumowanie
Ten tekst nie powstał, żeby się lansować, żeby u kogoś wybłagać powrót.
To moje osobiste oczyszczenie i pożegnanie – a czekałem na nie 5 lat.
Teraz pora na innych ludzi, świeże powietrze w Klubie. Ja swoje miejsce mam na B.
Zadzwoniłem po uzyskaniu informacji o odejściu mojego ulubieńca do Romka.
Znamy się od lat i w naprawdę wielu kwestiach nie zgadzamy.
Kiedy się ostrzej nie zgadzaliśmy, to przyjechałem pewne sprawy wyjaśnić w 4 oczy u niego na dzielnicy. Chodziło o pewien, zabawny już po latach artykuł, i moje kłopoty z kręgosłupem.
Ale szanujemy wzajemnie. Więc zadzwoniłem, żeby się ucieszyć i podzielić radością ze zmian personalnych w Klubie. Romek mnie na ten tekst namówił. Więc tekst powstał – i mam nadzieję, że choć trochę rzucił światła na obraz tego, jak wyglądał Śląsk w ostatnich latach.
Nie chcę nikogo lansować, ani specjalnie oczerniać – chcę, żeby ludzie poznali fakty.
Bo ja, jako jedno z ostatnich zdań powiedziałem Kubiakowi:
– Przeżyłem wielu prezesów, setki piłkarzy, kilkudziesięciu trenerów. Ale my – Kibice – będziemy przy tym Klubie zawsze. Czy Ci się to podoba, czy nie.
Radek Bąk, fot. mowimyjak.pl

Złośliwy komentarz redaktora naczelnego:
No to mam Ĺźal, do Radka.
Gdybyś, chłopie, powiedział o tym cymbale, który ma „w dupie te spotkania na jakiś wiochach, bo to tylko strata czasu, a on jest głodny”, to później już nikt nawet by nie śmiał szukać wymówki przed wyjazdem na spotkanie z publiką.
Radek to taki typ, którego trudno przekonać. Wszystko robił po swojemu. Już nie pracował w Śląsku, ale wymogłem na nim, żeby nagrał „Nasze serca biją za Śląsk”. To ja wymyśliłem słowa, wynalazłem melodię, nawet wyciągnąłem zgodę na przeróbkę od menadżera Budki Suflera. Mówię Radkowi (artyście – muzykowi, żeby była jasność) o co mi chodzi. Ściągnęliśmy chłopaków do studia nagrań, zaśpiewaliśmy. I tłumaczę chłopu, że ma być dłuuuugo. Podałem liczbę sekund. No to mi zrobił nagranie o trzy sekundy krótsze. Wkurzyłem się, to mi je o półtora sekundy wyciągnął.
A na stadionie przyjęła się ta jego (znacznie gorsza do śpiewania) wersja.
Oj, często się nie zgadzaliśmy, gdy pracował w Śląsku. Ale na temat działalności działu marketingu osiągnęliśmy pełną zgodność poglądów.

							</section>