Pojedynek w Wodzisławiu miał być drugim z trzech spotkań decydujących o losach klubu. Okazał się ostatnim. Przygotowania Rozmowy z działaczami Odry były krótkie: dostaniemy zamówiony komplet, czyli 350 wejściówek. Sami się przez moment zastanawialiśmy, czy nie walczyć o rozszerzenie sektora, wszakże jest tam taka możliwość, ale oceniliśmy się realnie: trzy dni po meczu w Gliwicach nie ma szans na takie podkręcenie atmosfery, by zamówić 1 000 wejściówek. Stanęło na tych 350. Bilety schodziły dość opornie, ale jak to zwykle u nas – gdy formalnie ich sprzedaż się skończyła, nagle zaczęto za nimi biegać. Cóż taki wrocławski klimacik. Także z ustalaniem środków transportu nie było kłopotu. Dojechać pociągiem do Wodzisławia na godzinę 19:00 jest trudno. Wyjechać to już w ogóle nie me czym. A skoro autobusów nie zamawiamy, zatem nie pozostawało nic innego, jak fury. Aura pojedynku Mecz w Wodzisławiu miał swoja otoczkę. Śląsk pięć miesięcy bez zwycięstwa, Odra po zakupach jakby się szykowała do Ligi Mistrzów. Cel obu zespołów identyczny, walka o pozostanie na powierzchni. Jaka była atmosfera w klubie z Wodzisławia tego nie wiemy. Natomiast na Oporowskiej już zaczęły się kwasy. Jedni (kibice, nadzór właścicielski) chce wyników, drudzy (zawodnicy) udają, że nie wiadomo o co ta burza. Jednak coś chyba ruszyło naszych orłów. Raczej nie były to pogróżki fanów. Znacznie lepiej na wyobraźnię podziałały obietnice tych, którzy wydają na graczy sianko. A obietnice dotyczyły... zakończenia zabawy w płacenie za nieróbstwo, nieudacznictwo czy jak to tam ktoś nazwał, brak szczęścia. Jednak o wyniku tychże rozmów – kilka wersów niżej. Jazda Tu się spodziewano dodatkowych atrakcji. A to z uwagi na fakt iż tego samego dnia i o tej samej porze w nieodległym od Wodzisławia Chorzowie miała zagrać Amica. Co prawda ustalono, że pyry będą podróżować specem, lecz właśnie do Chorzowa mogła i powinna się wybrać nieźle wyselekcjonowana ekipa sportowa. Bo takiej nienawiści jak na linii Poznań – Chorzów ostatnio w Polsce jest niezbyt wiele. Informacja o możliwym bliskim kontakcie z pyrogrodu miała zbawienny wpływ na dyscyplinę podczas jazdy „tam”. Zgrabny konwój złożony z 75 procent pojazdów się ukształtował, nie zauważono również zbytniego „rozjeżdżanie się”. Ekipa podróżna była okrojona o poszukiwaczy mocnych wrażeń, którzy tego dnia mieli dość interesujące zajęcie. Co nie zmieniało faktu, że jazda upłynęła spokojnie. Przynajmniej do pewnego momentu. Gdy bractwo zjechało się w jedno miejsce, już na Górnym Śląsku, zapanowało jakieś rozprężenie. I tuż po chwili z wspólnego startu okazało się, że towarzystwo się pogubiło. O największym naszym babolu tu nie napiszemy – po co pokazywać rywalom (a czytają Fana, czytają) nasze słabe punkty. Generalnie na mecz udało się dojechać wszystkim bez szwanku. O jednej rzeczy warto wspomnieć. Za Opolem tylna straż przyuważyła kilka samochodów z poznaniakami. - Bojówka to to nie jest na pewno... Kolumna natychmiast zwolniła i czekała na rozwój wydarzeń. Ale najwidoczniej wrocławski szpieg został rozszyfrowany, bo nawet jazda na pół gwizdka nie spowodowała doścignięcia przez poznańskie wózki. Wejście Jak na Wodzisław odbywało się w miarę sprawnie. Już w 20. minucie meczu wszyscy chętni znaleźli się na sektorze. Zastanawiano się jednak, kiedy wszedłby ostatni chętny, gdyby nas przybyło 1 000. Mecz na boisku Dalecy jesteśmy od ocenianie gry w zależności od wyniku. Znane są przypadli komentatorów, którzy pieją z zachwytu nad którymś z zespołów, lecz dwie przypadkowe bramki dla rywali w końcówce spotkania i nagle wszystko było be. Jak coś to prosimy wysłuchać komentarza z ostatnich 10 minut meczu Słowacja – Polska z eliminacji mistrzostw świata. Wcale nie dlatego, że nasze orły wygrały 4-2 twierdzimy, że w tym meczu przewyższali rywali umiejętnościami, Nagle zaczęli celnie strzelać, o czym świadczy choćby fakt zdobycia 4 goli. A były takie pojedynki, że statystycy doliczyli się po jednym celnym uderzeniu na bramkę przeciwnika w ciągu całego meczu. Gdy dodać, że bramki dla Śląska były ładne, że rywal nie czekał na cud i też próbował otwartej gry... w drugiej połowie mecz mógł się podobać nawet komuś, kto nie jest zaangażowany w żadną z obu drużyn. Ostatecznie orły zwyciężyły. Po raz pierwszy od pięciu miesięcy. Po raz pierwszy od niemal roku – zwycięstwo zostało odniesione na wyjeździe. Cztery gole na stadionie przeciwnika po raz ostatni Śląsk wbił rywalowi w Płocku jeszcze w II lidze. Mecz na trybunach Śląsk bez oprawy, na bocznych płotach trwała wymiana flag. Oprócz fanklubowych zawisły również po jednej barwie Lechii i Opavy. Doping Śląska w pierwszej połowie średni, bo za dużo było „gadających głów”. - Za mało „śpiewać kurwa” i plaskaczy na czoło – podsumował spory wysiłek prowadzącego jeden z... kiełbasożerców. Nie zauważył, że ta ocena dotyczy przede wszystkim jego. W drugiej połowie jakość wrocławskiego dopingu była, niestety, uzależniona od rezultatu. Po stracie pierwszej bramki – słabo. Po wyrównaniu – nawet nieźle. Po golu na 2-1 dla Odry – kompletna padaczka. Ale potem już tylko coraz lepiej, aż do momentów euforii po ostatnim gwizdku. Mecz bez bluzgów z obu stron. No, chyba że wodzisławianie wezmą do siebie wrzuty na Serwotkę. A ten miał przez moment pojechane za ubiegłoroczny finał pucharu ekstraklasy oraz za zgłoszenie przez Odrę meczu Lechii z Piastem do prokuratury. Incydent Po ostatnim gwizdku sędziego kilka osób bardzo uważnie patrzyło jak się zachowują piłkarze. Podejdą czy nie podejdą do sektora gości? W Gliwicach podeszli i się nasłuchali. Bo w Lubinie nie podeszli wcale. Futboliści długo cieszyli się z wygranej oznaczającej pozostanie w pierwszej lidze na środku placu gry. Jednak później, nie przywoływani, przybiegli do sektora kibiców gości. Raczej był to spontan. Podczas przybijania pierwszych piątek doszło do zgrzytu. „KI” widząc Sotirovića spytał się go o balowanie. Opowiadanie o tym co zainspirowało do zadania takiego pytania zostawiamy sobie na długą przerwę letnią – będzie o czym pisać. Vuk wkurzył się i natychmiast demonstracyjnie odszedł w kierunku szatni. Podczas gdy pozostali futboliści bawili się wspólnie z kibicami. Powrót Tu zaczyna się najciekawsza część. Zacznijmy od tego, że ustawianie do wyjazdu trwało dość długo. Teraz może relacja z jednego wózka, niemal ostatniego w szeregu, bo obrazuje pewien stan rzeczy: Policja obstawiła sam wyjazd z parkingu, że gdy już ruszano, wyjazd ze skrętem w lewo poszedł jak z płatka. - To lubię, przynajmniej do czegoś się przydają – ocenił mundurowych „KL” po minięciu pierwszych świateł na palącym się czerwonym. - A tu już lipa – zauważył szofer, którym tym razem był „GJ”. Na następnym skrzyżowaniu odległym może o jakieś 100 metrów, trzeba było stać. Innymi słowy daliśmy się uśpić służbom. Czoło kolumny pojechało po swojemu, środek po swojemu, końcówka jeszcze inaczej. Kto kiedykolwiek był w Wodzisławiu wie, że dotrzeć tam można na kilka sposobów. Wyjechać – tym bardziej. To „rozjechanie się” towarzystwa pomogło „wrażeniowcom”, którzy zajęli się bieganiem za napotkanymi sympatykami Odry. Jeden ewakuował się do baru. Generalnie fakt „rozjechania się” wkurzał, ale niespecjalnie. Poleciało kilka mocnych słów, rozdzwoniły się telefony z hasłem „a wy którędy pomykacie?”. Później nastąpiła cisza, by telefony znów zaczęły się rozgrzewać. Padło hasło, że ktoś zoczył 20 fur GKS-u i Górnika. Skąd wiedział, że to te ekipy – tego nie ustalono. Po szybkich rachubach zrobiło się wesoło. - 20 aut? No to się towarzystwo natnie... Jednak wraz z napływem szczegółów widać było jaki chaos wprowadził ów wodzisławski wyjazd z parkingu. Wszyscy jechali po parę aut. Ponadto zastanawiające była ilość fur rywali. Dlaczego tylko 20? - Albo nie docenili nas, ale w to raczej trudno uwierzyć, wystarczyło wysłać jednego szpiega na mecz i już powinni mieć jako takie rozeznanie. Albo polują na te widziane wcześnie przez naszych tylnych szpiegów niedobitki pyr, wracające z Chorzowa. Z chaotycznych relacji można się było doczytać, że jest grupa około 50 osób z Wrocławia, że flagi są bezpieczne, że owe samochody z myśliwymi są i „za” i „przed” częścią bractwa. Potem doszedł akcent humorystyczny, gdy albo załogi części z tych 20 samochodów, albo trzy zupełnie innych wózków zostały pogonione. Bractwo zerwało się na stację, ale z relacji wrocławian uczestniczących w wydarzeniu wynikało, że odkrzykiwali iż „nie na Śląsk się zbieraliśmy”. Prawdę powiedziawszy – to już było zupełnie bez sensu. Nie jesteśmy w stanie opisać co tak naprawdę wydarzyło się na A4, bo mamy zbyt mało na ten temat informacji. Generalnie – nikt po nosie nie dostał. Chyba, bo może nikt się nie chce „chwalić”. Ale i nikt nikogo nie trafił – tego to już jesteśmy pewni. Bo po trafieniu wiadomość rozeszłaby się szybciutko. Auta całe, o uszkodzeniach rywali też nikt nic nie słyszał. Zbiórka kilkunastu fur to już nie było zebranie ekipy do walki, choć planiści kombinowali jak odwrócić role. Wyszło jedynie powkurzanie się na siebie. Za nie pierwszy to już raz nieudolna jazdę w kolumnie. Co ciekawe – dopiero następnego dnia i to z doniesień internetowych, wyszło że rację miało kilka zaledwie osób, twierdzących iż to Ruch wypuścił się na łowy, a nie GKS z Górnikiem. Ilu nas było? 340 na sektorze i około 20 osób pod nim. Nie chcieli wejść na stadion z sobie wiadomych powodów. Na sektorze wśród wrocławian byli kibice Slezsky Opava (12), Wisły Kraków (8) i Lechii Gdańsk (1). Dodatkowo 5 wiślaków biesiadowało pod bramami. Szczególny podrozdział Tego w Fanie nie robimy. Ale sytuacja specyficzna, a prośby kolegów inaczej zrealizować nie można. Pewna grupa fanów WKS chce bardzo podziękować kibicom jednej z naszych zgód. Tak dziękujący jak i ci, do których słowa są skierowane mają wiedzieć o co chodzi. RZ, AE, PW |
Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl