Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

POZNAŃ I TRZY KINA

Zaczynamy wspominki z dawnych lat. Najpierw wcale nie taki krótki wstęp autorstwa redaktora naczelnego. To uwaga dla młodszych kibiców, zatem dla wielu czytelników Fana. W latach 70-tych na mecze wyjazdowe jeszcze nie jeździło się tzw. ekipą. Owszem, często jechano grupą, lecz po dotarciu do celu każdy sobie skrobał rzepkę. Czasem w trzech, czasem w pięciu, a zdarzało się, że i w solówkę. Na terenach wrogich barw albo się nie posiadało, albo były pochowane po rękawach. Natomiast przebywanie w grupie większej, kilkunastoosobowej uchodziło za akt nie lada odwagi. Czasami zdarzały się jakieś gremialne wyjazdy, wówczas bractwo starało się nie rozdzielać, bowiem ekipa ponad stu osób na owe czasy stanowiła przed meczem gwarancję spokoju i... powiedzmy... dobrej zabawy. Po meczu - już nie. Dlatego gdy podobne grupy przyjezdnych się nie stworzyły, to wyłapywanie obcych mogło trwać długo, bowiem gdy jedni przybywali na stadion godzinę przed meczem, to inni wchodzili już w trakcie trwania spotkania. Coś takiego, jak wydzielone sektory dla kibiców gości nie istniały. Płoty oddzielające trybuny od murawy były symboliczne. Pojęcie flag na płotach również jeszcze nie istniało. Na wszystkich stadionach gdzie urzędowali kibice (a nie było ich wówczas tak wiele, co najwyżej kilkanaście w całej Polsce) dopingował tylko jeden sektor. Reszta to były "zgredy", czasem można było liczyć na ich wsparcie w awanturach, pod warunkiem, że odbywały się w okolicach ich urzędowania, jednak głównie "zgredy" zajmowali się degustacją środków imagogennych lub (sic!) grą w karty. Nawet podczas meczów! Na pomoc w robieniu dopingu z ich strony nie było co liczyć.
To tak tytułem wstępu dla lepszego zrozumienia tamtych czasów. Teraz głos oddajemy Romkowi Gierczakowi:
Wybiegam w drugą połowę lat 70-tych.
Mecz z pyrusami był chyba w 76-77-78 roku, gdzie z Wrocławia pojechała niezła paka i około 1200 osób.
My tradycyjnie tzn. ja Adam Czaban, Czarny - Dyro (młodszy dyrektor - bo jego brat nie dopuszczał do odczuwania kaca i nigdy nie trzeźwiał) razem urzędowaliśmy na mieście przed meczem. Oczywiście było paru innych, których już nie pamiętam. Z zimnymi browarkami urzędowaliśmy, tak wiec na meczu byliśmy w dobrych humorkach. Na murawie Śląsk umoczył 1:0 albo 3:0, (skleroza robi swoje - dop. RZ), ale było trochę zadymki z pyrami w czasie i po meczu. A przy tym "niebiescy" też dostali parę klapsów, bo zaczęli się wtrącać.
Po zdarzeniu ostałem się jakoś sam tylko z Adamem i w pewnym momencie w naszym kierunku rwała z olbrzymią szybkością, w wiadomym celu, grupa pyrusów. Biorąc pod uwagę, że mieliśmy szanse jak Żydzi za okupacji, uderzyliśmy z kopyta i jakimś cudem umknęliśmy, by w końcu połączyć się z pokaźną grupą naszych kiboli. Jedno jest pewne, żeby nie nasza sportowa kondycja (ja grałem w siatkę w Juvenii i Gwardii a Adam w piłkę w PKS jako lewy obrońca) to z pewnością powrót do Wrocławia byłby trochę "spuchnięty". Cóż, w tym dniu nawet BORZOW (ruski mistrz Europy na setkę) chyba by nas nie dogonił.

Rewanż
Oczywiście nie mogliśmy się doczekać aż pyry zawitają u Nas na Olimpijskim. Plan działania mieliśmy dopracowany w szczegółach i na Polu Marsowym odbyła się "rzeź niewiniątek". Pognaliśmy z dobrym oklepem masę mieszkańców Poznania. Po pytaniu "skąd jesteś" wiadomo - wszyscy śpiewali, że z Wrocławia. Na to byliśmy przygotowani. Padało kolejne pytanie:
- Wymień trzy kina na Świerczewskiego!!!
Oczywiście po pierwszym zająknięciu waliliśmy w trąbę. Jak wiadomo były 3 kina: Śląsk, Warszawa i .....Dworcowe.!!! Niestety nie wszyscy o nim pamiętali i nawet parę osób z Wrocławia, a szczególnie z okolic naszego miasta, też niefortunnie się załapało na małe bęcki. Nie byli w stanie sobie przypomnieć trzeciego kina. Znajomość topografii miasta to cenna rzecz.
REDAKCYJNA STATYSTYKA:
Mecz w Poznaniu to chyba nie był rok 1977, wówczas był to przedostatni pojedynek w sezonie mistrzowskim. Spotkanie odbywało się w środę, Śląsk przegrał 0-2. Też było wesoło, lecz pojechało nas może ze 150. A na Dębiec, gdzie spotkanie rozgrywano, przybył nadkomplet ludzi. Chętnych do obejrzenia spotkania było tak wielu, że nie wpuszczano nawet tych z biletami. Pamiętam ten wyjazd nieźle, bo był to mój pierwszy pojedynek w tym mieście.
Chyba zatem opowiadasz o spotkaniu w sezonie jesiennym 77/78. Na to wskazywałaby Twoja relacja o zimnym browarku. Za komuny browarek zawsze miał temperaturę otoczenia, a ten wyjazd najprawdopodobniej miał miejsce w listopadzie.
Co do spotkania na Olimpijskim, zdaje się, że opisujesz ostatni mecz sezonu 1977/78. Wygrana Śląska 1-0 po golu Jasia Erlicha w 87 minucie, co dawało tytuł wicemistrzowski. Spotkanie wywoływało olbrzymie zainteresowanie, gdyż aż trzy kluby miały szansę na mistrza. Ostatecznie tytuł zdobyła Wisła wygrywając u siebie z Arką 3-1. A Lech, choć szanse na mistrza miał większe niż Śląsk ostatecznie zajął 3. pozycję.
Natomiast przed meczem wiele się działo, oj wiele. Sam mam w związku z tym spotkaniem wspomnienia "h". Co więcej, wiele lat później rozmawiałem o tym pojedynku z pochodzącym z Poznania koszykarzem Śląska, Jarkiem Jechorkiem. Był na tym meczu, oczywiście jako kibic Lecha. I choć już wówczas był wielki jak dąb, to opowiadał o swoim strachu. Tym większym, że jako gracz Lecha w kosza przybył na mecz w klubowym dresie. Który oczywiście zwinął i trzymał pod pachą, choć trząsł się z zimna.
Roman Gierczak (wstęp i statystyka RZ)

Zmieniony ( wtorek, 12 stycznia 2010 12:43 )