Powiedzmy szczerze, jedenastka Śląska na poważnie zaczęła grać dopiero w momencie, gdy któryś z graczy gości (bodajże Grosicki) nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem przy stanie 0-2. To poderwało trybuny, poderwało też naszych kopaczy. Oni najwidoczniej w tym właśnie momencie zdali sobie sprawę, że może się zdarzyć nie tyle niespodzianka, jaką niewątpliwie było zwycięstwo gości, którzy od dwóch lat wygrać na wyjeździe nie potrafili, co wręcz sensacja. Bo 0-3 u siebie to nie przegrana, to klęska. A po klęsce wiele może się zdarzyć, oj wiele. I najprawdopodobniej to właśnie ewentualne konsekwencje katastrofalnego rezultatu wpłynęły na chęć podjęcia walki przez naszych zawodników. Bo w końcówce zaczęli biegać, walczyć i wspomagać się wzajemnie, co wcześniej nie miało miejsca. Znów wyszło na nasze Dla wnikliwych obserwatorów porażka na murawie była do przewidzenia, a przynajmniej - nie była wykluczona. Natomiast WKS zaliczył porażkę organizacyjną. O tym, że z biletami rodzinnymi może być lipa, sugerowaliśmy już jakiś czas temu. Teraz mamy dowód: "W" z Częstochowy kibicem Śląska jest od lat wielu. Zalicza także mecze wyjazdowe. Tym razem postanowił po raz drugi wziąć na mecz do Wrocławia 12-letniego syna. Ponieważ syn i ojciec mają inne miejsca zameldowania, to aby młodzieżowiec mógł wejść trzeba go było zaopatrzyć w wejściówkę normalną. W tym przypadku bilet rodzinny okazał się fikcją. Gadanie "my o tym pisaliśmy wcześniej" jest bezsensowne. Bo w klubie mądre głowy i tak wszystko wiedzą najlepiej. Wiedzą też o tym, że nie ma sensu robić biletów ulgowych. Dramat z wejściem i biletami Jak wyglądał zakup wejściówek, a jak się wchodziło na obiekt wiedzą ci, którzy przyszli później niż na godzinę przed pierwszym gwizdkiem. Kto tam był - wie o co chodzi. Kto nie był - zapraszamy przed meczem z Lechią. Dajemy 100 procent, że będzie identycznie. WC porażka Katastrofą są toalety. Za trybuną odkrytą stoją piękne, niedawno wyremontowane. Były zamknięte na głucho. Po co je otwierać, skoro niedługo Śląsk będzie się wyprowadzał z Oporowskiej? Logika żelazna. Za toalety służyły dwa toy-toye. Panowie, którzy się chcieli odlać zwyczajowo moczyli płoty. Jednak problemem były potrzeby fizjologiczne przedstawicielek płci pięknej. A akurat na tym meczu było ich całe mnóstwo. Klub zaprosił panie na mecz, a nie na lanie - chciałoby się powiedzieć. Ale tak na poważnie: znów ktoś odwalił robotę połowicznie. A nawet w 1/3. Podczas meczu było zimno, temperatura poniżej zera lekko zmroziła grunt. Na szczęście, bo inaczej znów za trybuną odkrytą utonęlibyśmy w błocie. A tak błocko było takie sobie. Nikt w nim nie utonął. Przyszłość w czarnych barwach Jeśli pierwszy, wiosenny mecz na własnym stadionie ściągnął 80 procent publiczności, i to przy darmowych biletach dla pań (poskutkowało, na trybunach zasiadło sporo kobiet i dziewczyn), to znaczy że na komplety tej wiosny specjalnie nie ma co liczyć. Jeszcze za tydzień będzie pełno ludzi (bo taka jest specyfika spotkań z Lechią), ale później z frekwencjami może być tylko gorzej. Bo jakoś nie wierzymy, że drużyna zacznie grać jak z nut, rywali (poza Amiką) mamy takich sobie, liczenie że ustalający godziny spotkań Canal + da nam terminy optymalne może okazać się złudne, a z pogodą będzie totolotek. Tu uwaga jednego z lepszych wrocławskich statystyków, Flipa Podolskiego. Przeanalizował frekwencje kilkunastu sezonów na wszystkich stadionach polskiej I ligi. I wyszło mu, że najczęściej (80 procent) rekordy frekwencji w rundach wiosennych padały w pierwszych spotkaniach. Roman Zieliński, BK, SND, RND |
Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl