Przyglądam się ostatnio Sebastianowi Mili i zauważyłem, że po każdym sezonie zaczyna gadać o konieczności podniesienia kontraktu. Tak było u nas, tak było w ŁKS-ie. Ostatnio uśmiałem się, jak marudził coś o Ukrainie. Do dziś nie wiem jaki to klub proponował mu niesamowite pieniądze. Coś mi się zdaje, że gdyby nazwa wypłynęła, to zbyt łatwo byłoby o weryfikację tej genialnej pod względem finansowym propozycji. Teraz znów zakończył się sezon i znów powraca stara śpiewka. Ponieważ do nowych rozgrywek pozostało jeszcze dużo czasu, zatem mam niejasne podejrzenie, że „Milowy” dość długo będzie wygadywał jakie to wspaniałe oferty czekają na niego wokół. Nie mógł chłop znaleźć innego powodu, zatem w myśl porzekadła, że jeśli chce się psa uderzyć to kij się zawsze znajdzie, teraz doszedł do wniosku, że kibice mu nie odpowiadają. Bo usłyszał „kurwa mać, Śląsku grać” czy „po co wy gracie, skoro ambicji nie macie”. Zapominalski Jaka będzie przyszłość Mili tego nie wiadomo. Junior to z niego żaden. Swoje przejścia w życiu już miał. Powiedzmy szczerze: psychicznie to wielki wojownik nie jest. Jak nie czuje oparcia w kimś, nie ma poparcia w otoczeniu, to robi się płaczkiem. Tak było we Wiedniu, dokładnie to samo się powtórzyło w Oslo. A – powiedzmy to otwarcie – ani Austria, ani tym bardziej Valerenga to nie są kluby z europejskiej czołówki. W Śląsku znalazł oparcie w lubiącym go otoczeniu, w bawiącym się w psychologa trenerze... Jak z jajkiem To fakt, Mila stał się dość istotnym graczem naszego klubu. Ale gra tu na specyficznych zasadach. We Wrocławiu obchodzą się z nim jak z jajkiem. Taki pieszczoszek. Lubiany przez trybuny (bo dobry), lubiany przez działaczy (bo grzeczny), lubiany przez trenera (bo go nie zawodzi), lubiany przez dziennikarzy (bo im nie odmawia wypowiedzi i na dodatek jak kleci zdania to robi w sposób czytelny, przejrzysty i nie jest tak sztampowy jak większość futbolistów). On sam dziennikarzy też lubi. Przyjrzycie się kiedyś (jeśli jeszcze będziemy mieli taką okazję) jak poproszony przez dziennikarza natychmiast leci do kamery. Przyszłość płaczka Mila za gwiazdę może robić tylko w Polsce. Powód jest prozaiczny; tylko tu jest rozpoznawalny przez dziennikarzy. Na Ukrainie, gdzie tak chciał wyjechać przed kilkoma miesiącami nikt go nie zna. Na dobitkę mało któremu pismaczynie chciałoby się przełamywać barierę językową. Jak myślicie, czemu przez kamery C+ we Wrocławiu trafia Mila, czasem kaleczący nasz język, lecz potrafiący się porozumieć po polsku Sotirović, a Kelemen – nie? A przecież to bramkarz najczęściej był uznawany przez kibiców za najlepszego gracza Śląska podczas rundy wiosennej. Janusz K
Artykuł jest pewnego rodzaju odpowiedzią na tekst "Stan wrzenia". |