Śląsk jakoś ma szczęście, bo oprócz utalentowanego bramkarza, Jacka Jareckiego w 1982 roku, nikt poważniejszych numerów klubowi z Oporowskiej nie wyciął. Pierwszym wałkiem po którym się uśmialiśmy była ucieczka „do wolności” Andrzeja Rudego. Zwiał na Zachód jednak nie jako gracz Śląska, lecz już jako piłkarz GKS-u Katowice. Parę miesięcy wcześniej Marian Dziurowicz musiał za blondwłosego pomocnika wypłacić jakieś astronomiczne kwoty, a chwilę później jego nowo zakupiony skarb pozostał poza Polską. Teraz my Historia historią, a ostatnio dzieje się wiele na rynku transferowym. Rok temu zawodnikiem Śląska przestał być Krzysztof Ostrowski. Sprawa wyglądała następująco: pół roku przed końcem kontraktu pomocnik WKS-u podpisał umowę z Legią Warszawa. Przed Śląskiem pojawił się dylemat: grać Ostrowskim, choć z punktu widzenia WKS-u nie był to gracz perspektywiczny, czy wyrzucić go ze składu, co zaowocować miało występami innych piłkarzy. A każdy występ pozwala nabierać jakże potrzebnego doświadczenia. Jak było naprawdę, tego nikt nie wie, jednak chodzą słuchy, że Tarasiewicz wcześniej omówił z „Ostrym” strategię. Zatem gracz doskonale wiedział na co się pisze. Czy tak było, czy nie, „Taraś” okazał się cwaniakiem nie lada. Legia nie chcąc brać już zakontraktowanego zawodnika, który nie miałby ogrania zgodziła się zapłacić Śląskowi „odstępne”. Nie minęły jeszcze echa tamtej transakcji, a mieliśmy do czynienia z identycznym przypadkiem. Też piłkarz z lewej strony boiska, też do Warszawy, tyle, że do klubu gorszego niż Śląsk. Do Groclinu. Szkoleniowiec Śląska ponownie odegrał komedię i ponownie komedia okazała się skuteczna. Gancarczyk zmienił klub wcześniej, ale za to nie odszedł z Oporowskiej za darmo. Tarasiewicz okazał się świetnym pokerzystą, a przegranym tym razem jest bogaty (więc nie powinien być gamoniem) wesołek będący właścicielem Groclinu Józef Wojciechowski. Reakcje mediów Tu bardzo byśmy chcieli podziękować różnym słodkim idiotom, którzy wypisywali (wygadywali) o tym, jakie to nieszczęście spotkało Gancarczyka. Jakim to Tarasiewicz jest satrapą. Osiągnęli tyle, że Wojciechowski sięgnął głębiej do portfela. I wyłożył kasę jakże potrzebną do wcześniejszego pozyskania piłkarza. Za to w pełni sprawnego. Faktem jest, że na wyobraźnię Józka wpłynął przypadek Amiki i Rengifo, gdzie postąpiono identycznie jak to teraz zapowiadano w Śląsku. Reakcje kibiców Zarówno w przypadku Ostrowskiego jak i Gancarczyka opinie fanów podzieliły się na dwie części. Jedni twierdzili, że nie ma w postępowaniu futbolistów niczego nagannego. Pognali za pieniędzmi - Dziwisz mu się? Liczy się kasa. Inni patrzą na odejście zawodników stosunkowo mocno związanych z Wrocławiem bardziej ideologicznie: - Po co mam życzyć powodzenia? Ma mu się powodzić? Nie jest graczem Śląska, to życzę mu jak najgorzej. Czasem trzeba być wrednym, bo inaczej wyjdziesz na dobrodusznego idiotę... Gdzie jest pies pogrzebany? Jeśli zawodnicy kombinują jak odejść przed upływem kontraktu, to muszą sobie zdawać sprawę, że po złożeniu odpowiednich podpisów niekoniecznie ich futbolowe usługi będą mile widziane przez dotychczasowych pracodawców. A już skrajną głupotą jest robić podobne eksperymenty w klubach, w których o nic się nie walczy. Gdyby Śląsk grał o podium, lub gdyby chociaż był zagrożony spadkiem, wówczas ponadprzeciętna szybkość „Garnka” mogłaby się przydać i wówczas kalkulacje szkoleniowca i działaczy mogły być inne. Ale kiedy praktycznie plan został wykonany w przerwie rozgrywek, to na stratę Gancarczyka (czy wcześniej Ostrowskiego) można sobie pozwolić. Sposoby dla piłkarzy w podobnych przypadkach są. Albo dogadać się z przyszłym pracodawcą (niebezpieczne, bo ci lubią zmieniać zdania i „zapominać” o ustnych umowach), albo podpisać kontrakt i... wsadzić mordę w kubeł. Przyszłemu pracodawcy też kazać milczeć. Ale milczenie dla wielu to wyzwanie ponad siły. KKK, RZ |
| Zmieniony ( wtorek, 19 stycznia 2010 14:58 ) |
Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl