Środowy termin finałowego spotkania o puchar ekstraklasy wraz z lokalizacją w Wodzisławiu został podany do wiadomości zaledwie tydzień przed spotkaniem. Rola, jaką w przytuleniu tego pucharu do siebie odegrał prezes Odry Ireneusz Serwotka szeroko opisywaliśmy w Fanie. Nie
będziemy do tego tematu wracać.
Przygotowania
Przede wszystkim trzeba było rozstrzygnąć dylemat: skoro nie jeździliśmy na spotkania o ten puchar, to czy na finału nie należy odpuścić również? Przeważyło stwierdzenie, że nikt przecież nikomu nie zabroni jechać na mecz towarzyski, a skoro jest to mecz towarzyski o jakąś stawkę, to tym bardziej jechać można. „Jak już się gra o puchar, nawet badziewny, to już lepiej jest go zdobyć, niż nie zdobywać”. Ech, żeby tak podejść od pierwszej rundy do Pucharu Polski…
Chcąc wyjechać na ten mecz fani Śląska byli narażeni na istny cyrk, jaki dział się wokół tegoż pojedynku. Kolejne, sprzeczne decyzje organizatorów powodowały, że ciśnienie podniesione po awansie do tegoż finału wciąż spadało. Łatwo było się podkręcić tak, że z Wrocławia jechałoby wiele osób, lecz trzeba by zorganizować transport. Zwłaszcza młodzieżowcy go potrzebowali. A tu co chwila: albo „nie wejdziecie”, albo „lista ma być zrobiona do poniedziałku”… w takich warunkach organizowanie autobusów to loteria z taką ilością niewiadomych, że… nie znaleziono ryzykantów chcących wpłacać zaliczki.
Ponadto dowiadywano się różnymi kanałami ilu osób można się spodziewać. Otrzymano taką katastroficzną wizję: dwa tysiące z Wrocławia, około tysiąca z Krakowa i kilkaset z Opavy… Trochę to podziałało na wyobraźnię miejscowych.
Generalnie ustalono: jazda tylko furami. I to raczej razem, bo obecnie ekipy „H” urzędują nie tylko wokół własnych miast. Kilkusetkilometrowe przejazdy „na nie swoje mecze” to obecnie normalka.
Jazda
Miejsce zbiórki, choć podane zostało nieco zaszyfrowane, trafnie odczytano przez znakomitą większość podróżników. Zresztą po trasie ci, którzy nie załapali co to oznaczało szybko doszlusowywali do grupy. Generalnie jechano sobie na luzie, bo bez niebieskomundurowej obstawy. I bez przygód podobnych do tych wodzisławskich – ligowych, po której dwa auta zostały skasowane.
Wejście
Pierwsi kibice Śląska stawili się pod bramami półtorej godziny przed meczem. Jechali „z Polski”, zatem z innego kierunku niż wszyscy. W nawigację sobie wbili ulicę Bogumińską, zatem wylądowali pod kasami… miejscowych. Trochę napręgów zobaczyli, jednak do niczego nie doszło, bo jakiś patrol stwierdził, że sytuacja jest skomplikowana i odesłał wrocławski wózek na parking dla przyjezdnych.
Gdy pod kasami pół godziny później przedefilowała w bardzo wolnym tempie eskadra kilkudziesięciu wrocławskich samochodów, miejscowych napręgów już nie widziano.
Ci, którzy pod stadionem zameldowali się jako pierwsi chcieli wejść na sektor gości.
- My tam byśmy was wpuścili, ale mamy niezbyt normalnego szefa – stwierdzili ochroniarze. Musieli czekać 20 minut by łaskawie otwarto im bramy.
Jednak potem kłopotów z wejściem nie było. Jakiś czytnik do dokumentów załatwił sprawę (choć wcześniej pitolono o listach). Wszystko szło nader sprawnie.
Mecz na trybunach
Serwotka faktycznie stanął na czubku fajfusa, bo zorganizował kilka fajnych rzeczy. Przede wszystkim ubrał część stadionu w barwy klubu. Większość na czerwono, jeden sektor na niebiesko. Zrobiło to sympatyczne wrażenie. I jak na Odrę – dość szokujące.
Miejscowi spięli się, przynajmniej jeśli chodzi o doping, bo na płocie nie było flag. Ponoć jakiś protest mieli (jedna która zawisła to zdaje się jest własność klubu). Doping dla miejscowych, jak na warunki Wodzisławia – przyzwoity. I nawet bluzgów na Śląsk nie było. Natomiast w wrocławskiej strony doping średnio – niezły (jak na wyjazdy), lecz bez fajerwerków. I trochę niepotrzebnych bluzgów na Odrę (tak, wiemy, Serwotka raczej nie będzie przez nas lubiany, lecz prezio to jedno, a kibice to coś zupełnie innego, często wręcz za sobą nie przepadają). Flagi Śląska zasłaniały wyjście ewakuacyjne, co nie podobało się ochroniarzom, lecz po kilkakrotnych monitach dali sobie siana.
Oczywiście najlepiej wszystko wyglądało po meczu, gdy miejscowi opuścili już stadion po porażce swojej drużyny, a Śląsk po zdobyciu trofeum tryumfował. Wtedy do śpiewania nikogo namawiać nie trzeba było.
Mecz na boisku
Odra zagrała ambitnie, lecz co tu dużo gadać, Śląsk był i lepszy i skuteczniejszy. Dlatego zwyciężył. Więcej na ten temat pisaliśmy bezpośrednio po spotkaniu w osobnym artykule.
Cyrk na niebiesko
Najzabawniejsze wydarzenie miało miejsce po spotkaniu. Polsat chciał pokazać świętujących zawodników, a tam pokazówka służb mundurowych. Zaaresztowano Banaszyńskiego z szatni Śląska i Moskala z ekipy gospodarzy. Kibice, choć byli już w drodze do domów dość szybko się dowiedzieli o „imprezie towarzyszącej”.
Powrót
No, na ten temat lepiej wiele nie pisać. Zbytnio byśmy pomogli tym, którzy nas nie lubią. Na szczęście taki mecz nieprędko się zdarzy ponownie.
Ilu nas było?
No, tu będzie problem. Ustalenie tego zbyt dokładne nie jest możliwe w ogóle, gdyż policzyć się nie było jak. Zbytni ścisk, kilka rzędów stojących u góry meczu raczej nie oglądało. Choć na lidze było 550 osób, to bractwo mogło się rozstawić na dwóch sektorach. Tym razem było więcej ludzi, lecz sektor był tylko jeden.
Generalnie statystykom wychodziło ponad 600 osób. Najbardziej podjarani sytuacją doszukiwali się obecności 700 osób. Skoro nie wiemy ilu nas było de facto, to oficjalnie przyjmujemy owe 700. Może trochę sobie dodamy, jak to robi część ekip, ale trudno.
W tym na pewno w Wodzisławiu było 65 osób z Opavy i około 50 z Wisły Kraków.