Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

Warszawa 9 sierpnia 2009

Groclin – Śląsk 3-2

Mecz z podszywającym się pod nazwą Polonii Groclinem miał zostać rozegrany  bez nas. Wszystko już było poukładanie “gdzie trzeba”, gdy nagle po zamieszaniu licencyjnym na linii ŁKS – Cracovia – PZPN okazało się, że wszystkie

wnioski licencyjne mają rubrykę o sektorach dla kibiców gości. Wniosek Groclinu również. I w PZPN-ie stwierdzono, że wymogów licencyjnych trzeba przestrzegać. Nie zrobiono tego z myślą o kibicach gości, bo tych PZPN na gdzieś, a wręcz ich nie lubi, lecz dlatego, żeby mieć w razie czego “czyste ręce”. Zatem na obiekcie przy Konwiktorskiej  nakazano wpuścić chamstwo z Wrocławia.
Miejscowi byli w szoku. I kompletnie do tego nieprzygotowani. Dość stwierdzić, że po tym, gdy Śląsk zamówił wejściówki, działacze Groclinu poprosili o dość nietypowe rozwiązanie: Bilety miały być dostarczone przed meczem, czyli w sposób, w jaki dystrybuować wejściówek w/g PZPN-u nie wolno.
Natomiast listę zażyczyli sobie już w czwartek wieczorem. Dla przypomnienia: mecz zaplanowano na niedzielne popołudnie.
Przygotowania
Byliśmy na 99,99 % przekonani, że nas na Konwiktorską nie wpuszczą, zatem pisemko do Warszawy wysłano jedynie kontrolnie. Tymczasem perę dni przed spotkaniem okazało się, że jednak możemy jechać. W 300 osób.
Ogarnięcie problemu: co zrobić, by zapisywali się tylko ci, którzy faktycznie pojadą nie okazało się trudne. Powtórzono manewr vlepkowy ze spotkania Wisła – Amica w Superpucharze.
Gorzej szło z zapewnieniem transportu. Spec do stolicy w rachubę nie wchodził z kilku powodów, więc trzeba było motać autobusy. “P” stanął na głowie i trzy zorganizował.
Oprawy czy inne tym podobne rzeczy w grę nie wchodziły. Bo jak coś takiego zorganizować, gdy wiadomość o wpuszczeniu na mecz nadchodzi parę dni przed terminem? Dobrze, że istnieją telefony i internet, dzięki temu można było dotrzeć z wiadomością, że jednak ruszamy na Warszawę.
Wcześniejsze informacje o zakazie spowodowały, iż wiele osób z góry odpuściło sobie te wyprawę i o zmianie decyzji dowiedziało się… po zakończeniu wpisów. Liczba ludzi zgłaszających chęć wyjazdu gdy już było po zawodach pozwala stwierdzić, że gdyby to był wyjazd bez ograniczeń ilościowych, to byłby nader liczny.
Jazda
Ponieważ liczba wejściówek była ograniczona do symbolicznych trzech setek, zatem spodziewano się harcowników na trasie. To z kolei mobilizowało do jazdy w gronie całej ekipy. W efekcie trzy autobusy defilowały na trasie wspólnie z kręcącymi się wokół nich autami. Jednej furze to kręcenie nie wyszło na zdrowie, bo koło odpadło. Dla samochodu oznaczało to koniec jazdy na dłużej, dla załogi – konieczność przesiadania się do innych pojazdów.
Generalnie podróż upływała pod znakiem wygrzewania kości i pewności, że “zdążymy na luzie”. I tylko dzięki temu, że “R” się obudził na pierwszym postoju i zaczął się wydzierać iż nie zdążymy, to jak zwykle byśmy zajechali na drugą połowę.
Kilka osób dostało się do Warszawy w inny niż wszyscy sposób.
Po drodze “M” przykukał samochód z dość dziwnie zachowującą się załogą. Co pozwalało przypuszczać, że tego dnia atrakcje będą całkiem prawdopodobne.
Wejście
Popędzanie na parkingach przyniosło skutek taki, że pod wejściem zameldowaliśmy się na niespełna 20 minut przed pierwszym gwizdkiem. Ponieważ gospodarze dowalili mnóstwo błędów do których można by się formalnie doczepić, zatem sami starali się wpuszczać sprawnie. Co na tym stadionie stanowi ewenement. Tam zawsze piętrzą wszystkie możliwe trudności. Tym razem ostatni zawodnik wszedł na sektor już w 36. minucie pojedynku. Czyli wówczas, gdy było 1-0 dla Śląska.
Miejscowy galimatias miał również drugą zaletę. Dzięki niemu udało sie wejść wszystkim, którzy przyjechali, choć trzeba było zrobić w locie kilka podmianek na liście. Gdyby nie babole organizacyjne Groclinu, nie byłoby szansy na takie załatwienie sprawy. Wiemy o tym z autopsji.
Skandal
Na Konwiktorskiej nie przyjmowano kibiców gości przez pół roku. Co przez ten czas zrobiono? Obito płot blachami i postawiono kilkadziesiąt metrów barierek. Poza tym syf jaki był, taki jest w dalszym ciągu. Te roboty Franek Złota Rączka z dwoma pomocnikami zrobiłby w tydzień.
Mecz na boisku
Co tu dużo gadać. Jak się przegrywa spotkania w których w 90. minucie się prowadzi 2-1, to nachodzą refleksje. Taraś po raz kolejny popełnił błąd nie “grając” na czas zmianami. A zespół okazał się flusiowaty, bo zamiast po stracie drugiego gola rzucić się do rywali z chęcią sportowego zamordowania go, nagle przestał wierzyć w swoje umiejętności. Innymi słowy: powtórka z Gdyni. Co z tego, że nasze orły były lepsze (słupek, dwie poprzeczki), skoro zabrakło boiskowego charakteru?
Mecz na trybunach
Kibicujący Groclinowi fani Polonii przybyli na mecz w liczbie około 350 (oczywiście mówimy tu o najzagorzalszych). Czyli niewielu więcej niż nas. Flagi – te same co zwykle. Ze strony Ślaska – trzy. Doping – w wykonaniu miejscowych najsłabszy w ostatnich latach (porównujemy mecze Polonii, a później Groclinu ze Śląskiem). Na dodatek gdy wrocławianie generalnie siedzieli cicho, warszawiacy postanowili pokurwować na Śląsk. No i się zaczęło. “Groclin, Groclin Warszawa” bolało ich najbardziej. No to było piłowane.
Interesujące jest to, że miejscowi pozwijali swoje flagi 5 minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Wszystkie. Już oni najlepiej wiedzą dlaczego.
Powrót, czyli Bełchatów zdobyty
Jazda byłaby monotonna, gdyby bractwo nie próbowało się po drodze zaopatrzyć w… tu można wymieniać różne rzeczy dostępne na przykład na stacjach benzynowych czy zajazdach. Spod jednego zajazdu, widząc hasającą, rosnącą hordę, natychmiast wsiadł do mercedesa i odjechał Pudzianowski. Wolał się oddalić z feralnego miejsca, bo nie wiadomo, co kto będzie chciał siłaczowi udowodnić. Przepychanki z milicją na punkcie zaopatrzenia miały miejsce niemal przy każdej piwodajni. Aż się zatrzymano na jednym z ruchliwszych skrzyżowań Bełchatowa. Tam znajdowały się dwie stacje, Mc”donald i jakiś market. Przez niemal godzinę trwała bieganina przez środek krzyżówki i to na wszystkie możliwe skosy. To robiło wrażenie na miejscowych:
- Co się dzieje, co to jest? – dopytywała się kobieta widząca rozgardiasz.
- Żarcie – odparł wygłodniały “G”.
Potem były już tylko ciemne stacje benzynowe i zajazdy, na dodatek obstawione licznymi patrolami. I niezła dyskoteka dla oczu. Wszystkie niebieskie pojazdy, a było ich co nieco. jeździły z włączonymi kogutami. Kierowcy od migotania w ciemnościach dostawali oczopląsu. Na pocieszenie – kierowcy tych niebieskich pojazdów z kogutami widzieli dokładnie to samo.
“S” twierdzi, że po drodze widział jakieś bractwo buszujące w lesie.
Przed Oleśnicą nastąpiło wreszcie spotkanie z dość liczną ekipą. Jednak zamiast gości spodziewanych, na parkingu czekała zgraja białych kasków. Załoga z autobusów została pospisywana, co trwało jakieś pół godziny. Samochodowi wywinęli się od konieczności bezsensownego stania.
I to w zasadzie koniec wrażeń podczas pierwszego w tym sezonie wyjazdu.
Ilu nas było?
Dokładnie 300. Na chwilę jakimś sposobem na sektor wlazł siwy dziad. Byłby 301 osobą, lecz po chwili zaczął rozpaczliwie dobijać się do furty. Doszedł do wniosku, że sforsował bramę nie do tego sektora o jaki mu chodziło.
W grupie 10 osób stanowili fanatycy Motoru Lublin (jedno lubelskie auto nie dotarło, gdyż zdefektowało po drodze), natomiast po 6 osób zawitało z Lechii Gdańsk i Wisły Kraków. Za wsparcie – serdeczne dzięki.

RZ

dziobaq: Do Warszawy dotarłem jeszcze w sobotę. Na stacji pod Tomaszowem Mazowickim widziałem, że zmierzająca w drugą stronę do Bełchatowa Jaga nie miała tyle szczęścia na stacjach co Wy. Jeśli chodzi o syf to wpadała w oko nieskoszona trawa pod sektorem, gdzie chlopcy do podawania pilek brodzili w chwastach po kolana. Zaraz po meczu oddzieliłem się od grupy, dlatego nie mialem barw, ale jeden nasz śmialek, zielony od stop do głów, poszedł w miasto. W okolicznym parku i na ulicach nie zauważyłem żadnego dziwnego poruszenia w związku z naszą wizytą.