Kibice Zagłębia Lubin wmówili sobie, że we Wrocławiu żyje się antylubińskością. I tę swoją wersję rozpowszechniają w całym kraju. Próbują także wmówić ją nam. Prawdę powiedziawszy jakiś tam efekt w tym zakresie osiągnęli. Informacje o każdej sportowej porażce
„lubinków”, jak się ich ironicznie określa kibice Śląska są przyjmowane z odrobiną satysfakcji. Gdyby lubinki były nam kompletnie obojętne, to nikt na rezultaty Zagłębia nie zwróciłby najmniejszej uwagi. A ta odrobina satysfakcji sprawia, że coś tam do nich czujemy.
Tak naprawdę to lubinki mają kompleks Wrocławia. Z wesołością oglądaliśmy filmiki, jak to kibice Zagłębia wracając z Warszawy, gdzie w ostatniej kolejce zapewnili sobie tytuł mistrza ekstraklasy, wyli pieśni znieważające Wrocław. Trzeba być nieźle porytym, by w chwili największego tryumfu ubliżać lokalnemu wrogowi.
Oczywiście w Lubinie maja tysiąc argumentów na to, że to nie Lubin jest antywrocławski i że rzeczywistość jest dokładnie odwrotna. Tymczasem życie wciąż przynosi im kolejne upokorzenia. A to mają zawodnika, który deklaruje przywiązanie do Śląska, to znów przybywa do nich trener, który wręcz deklaruje przywiązanie do Wrocławia. Właśnie ich nowy szkoleniowiec, Orest Leńczyk stwierdził że: „…do Lubina przekonuje go między innymi to, że leży blisko Wrocławia. A Wrocław kocha.”
Gdyby lubinki nie szczepiły nas tą swoją propagandą, pewnie nikt by na ten tekst byłego szkoleniowca Śląska nie zwrócił najmniejszej uwagi. Ale skoro już zaszczepili, to teraz się nad nimi poznęcamy takim właśnie tekstem.
Roman Zieliński, KK
</div>