5 minut przed planowanym zakończeniem czasu gry w Warszawie kibice Groclinu (oszukujący się, że dopingują Polonię) pozabierali flagi. Część udała się do domów. Pewnie kilku nieźle się potem zdziwiło kiedy usłyszeli jaki był końcowy rezultat rywalizacji.
Za to sympatycy Śląska obecnie głowią się nad tym, jak można było przegrać spotkanie, skoro w chwili, gdy powinien zabrzmieć ostatni gwizdek WKS prowadził 2-1? Szuka się winnych. Pierwsi z brzegu to Łukasiewicz, bo pięknie wyłożył piłkę napastnikowi miejscowych tuż po przerwie. Kolejny winny: Pawelec za asystę przy drugim golu dla Groclinu. Część osób wskazywała Vazgeca, szwedzkiego bramkarza Śląska, bo jak można było nie wyjść do dośrodkowania przy ostatniej bramce wieczoru?. Inni swoją złość skupiają na trenerze, bo zamiast „kraść” czas zmianami, niemal wcale nie wykorzystuje tego elementu gry taktycznej.
Mamy winnego
Po części wszyscy mają rację. My jednak po głębszych analizach doszliśmy do wniosku, że głównym winowajcą takiego obrotu sprawy jest… Solorz.
Zacznijmy od tego, że Solorz jak na najbogatszego obywatela Rzeczypospolitej przystało – zarabia na wszystkim. I ani myśli wykładać pieniędzy na Śląsk po to, by je wydać. W tym co robi jest nawet uczciwy, wszakże stwierdził bez ogródek, że będzie „sponsorem bezgotówkowym”. Jak w przysłowiu – dowcipie o komunistach: „powiedzieli że nic nie dadzą i dotrzymali słowa”.
Śląsk bez wsparcia finansowego musi oszczędzać i robi to skutecznie. Powiedzmy sobie szczerze, po odejściu Łudzińskiego, Górskiego, Sobocińskiego, Capa, Pokornego, a wcześniej Banaszyńskiego czy Wójcika na Oporowskiej nikt nie płakał. Bo byli to jedynie w miarę solidni zmiennicy. Ale na ich miejsce ściągnięto oprócz bramkarza tylko Spahica, skład uzupełniono świeżakami typu Szydziak czy Tymiński. Nie mamy nic przeciwko młodym chłopakom z Wrocławia, jednak ani oni Rooneyami nie są, ani nie są wriackimi „walczakami” których kocha się na wszystkich stadionach świata, ponadto coś ich niewielu. Gdy do tego dołączyć pecha w postaci kontuzji Fojuta, Mili, Sztylki czy „szklanej nóżki” Sotirovića to okazuje się, że tak naprawdę za porażkę powinniśmy obwiniać krótką ławkę.
Kto jest winny krótkiej ławki?
Oczywiście Taraś może wziąć do składu kilku przeciętniaków, którzy ubytki by zastąpili. Tyle, że budując drużynę z jakimiś perspektywami to nam naprawdę nie potrzeba zamiennika zmienników. Jak już brać, to chłopa do gry. I najlepiej dużego, w myśl zasady, że jak walczy dwóch graczy o podobnych umiejętnościach, to z reguły wygrywa ten z lepszymi warunkami fizycznymi.
Tymczasem do Śląska walą teraz drzwiami i oknami różni menadżerowie, którzy próbują upchnąć swój, często badziewny towar. Popatrzcie po meczu na Oporowskiej na schody do domku klubowego… Przecież skoro Śląsk jest własnością najbogatszego, to znaczy, że jest skąd wyrwać kasę. A kasy nie ma, co podaliśmy na wstępie. Kiedy już się trafi jakiś grajek nadający się, to cena jest nieadekwatna do możliwości finansowych klubu.
Można zatem wysnuć tezę, że hasło „Śląsk w rękach Solorza” bardziej zaszkodziło niż pomogło. Zawodnicy którzy w Śląsku już są, poprosili o podwyżkę (bo skoro jest Solorz…), więc koszty utrzymania drużyny wzrosły. Transferów graczy tanich też nie będzie (bo skoro płaci Solorz, to jest skąd brać…)
Tymczasem w jedenastu grać cały sezon się nie da.
Jak Solorz faktycznie kasą nie sypnie, to na takie przygody jakie zostały nam zaserwowane w Warszawie, musimy się szykować częściej.
Janusz K, RZ
zdjęcie do tego tekstu wzięliśmy ze strony http://www.hotmoney.pl