Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

POLECIAŁO WuKaeS

Minus dwadzieścia stopni, śnieg. Wtedy w połowie grudnia to stanowiło normę. Ale normalne nie było, że nad Wrocławiem latały samoloty z włączonymi gwizdkami, czy jak to się tam nazywa. Ów niepokojący grzmot kojarzy się z filmami ukazującymi bombardujące samoloty.
Niesamowite buczenie było, bomby na szczęście nie leciały. To w nocy. Rano na ulicach czołgi. Dla mnie nie było to takie dziwne, często bywałem w Grudziądzu, gdzie stacjonowało wiele wojska i gdzie czasem widywałem czołgi na ulicach. Ale dla moich wrocławskich kolegów był to szok. Choć mieliśmy po 20 lat, to czołgi oni widzieli tylko w telewizji lub na cmentarzu na Krzykach. Telewizja nie działała. Telefony były głuche. W radio na okrągło coś pitolił pierdolony generał.
Tak wyglądał niedzielny poranek 13 grudnia 1981 roku. Ogłoszono że szkoły zostały pozamykane - jedyny pozytyw w całym tym chaosie. Milicjanci łazili tylko w większych grupach, bo się bali, że ludzie ich zlinczują. A chcieli linczować wszyscy. Bo to co pierdoliła czerwona propaganda wywracało flaki. Od godziny 20 do 6 rano trzeba było siedzieć w domach. Nawet wyjście ze śmieciami mogło się skończyć trzymiesięczną odsiadką.
Pałowanko za nic. Za czarną wstążkę na klapie. Albo za wpięty w kurtkę opornik. Złapany z farbą i pędzlem mógł posiedzieć nawet rok. O tym, że wcześniej było pałowanie wówczas było jasne. Teraz wydaje się, że to bajką.
Wyjście na mecz Śląsk – Servette Genewa, jaki był rozgrywany w 10 miesiącu stanu wojennego dla jednego z braci „M.” trwało kilka miesięcy. Gdy rodzina zobaczyła go pierwszy raz, na komendzie, kilka dni po zatrzymaniu za skandowanie antykomunistycznych haseł, to matka go nie poznała. Siny, opuchnięty, zdeformowany.
Nie wiem, która to była demonstracja, nie pamiętam czy jakaś zimowa, czy już późniejsza, letnia. Uczestniczący w niej Andrzej W. na którego mówiliśmy „Kobra”, a który wówczas nie opuszczał żadnego wyjazdowego meczu Śląska, opowiadał jak bractwo szykowało się do odparcia ataku milicji na barykadzie:
- Krzyczeliśmy „Solidarność”, „precz z komuną” „już niedługo zamiast liści będą wisieć komuniści” i inne tym podobne hasła. Ale nam się repertuar skończył. No to poleciało „Wu – Ka – eS”.
To już było później. Podczas meczu z Górnikiem Zabrze przerobiliśmy stadion w demonstrację antyustrojową. Miałem szczęście, bo tajniacy tego nie przewidzieli, zatem wyłapywano nas po meczu. Z kimś się zamieniłem na kurtki, Ania z Kozanowa wtopiła się we mnie (niby tacy zakochani byliśmy, oczywiście chodziło o ominięcie polujących na mnie milicjantów). Zamiast mnie milicja zgarnęła „Hermana”. Często nas mylono.
- Miałem farta, pies który mnie przesłuchiwał skądś mnie zna i wie, że nie angażuję się w politykę. Śmiałem się, że „WKS” to krzyczałem na pewno, ale „Solidarność”? Dostałem kilka pał i mnie puścili – śmiał się gdy się spotkaliśmy następnego dnia.
Po wymalowaniu latem 1982 roku hasła „Solidarność” (a może „precz z komuną? Teraz już nie pamiętam) na ulicy Swobodnej, walnąłem kilka metrów obok napis „WKS”. Pierwszy malunek następnego dnia zniknął. „WKS” przetrwał do połowy lat dziewięćdziesiątych...
Roman Zieliński
Zmieniony ( niedziela, 20 grudnia 2009 10:05 )