Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

Odra Wodzisław – Śląsk Wrocław

Wodzisław Śląski, sobota 14 marca 2009

O tym meczu myśleliśmy jeszcze przed pierwszym wiosennym wyjazdem. Wiadomo było, że chętnych znajdzie się sporo, choć jak sporo – to była zagadka. Dlatego sondowaliśmy nawet połączenie pociągiem specjalnym. Problem polegał na niezwykle długim czasie przejazdu. Dlatego nastąpiła koncentracja na próbie wynajęcia autokarów.

Tymczasem z Wodzisławia nadeszło pisemko, że wpuszczą nas tam 350. Natychmiast zaczęto podchody, co można zrobić, by jednak tę liczbę w jakiś sposób powiększyć. Niby wiedzieliśmy co robić, jednak doszły nas słuchy, że w pierwszej kolejce ŁKS poddany takim samym restrykcjom pojawił się (wspomagany przez GKS Tychy) w sile około tysiąca. I wpuszczono wszystkich. Postanowiliśmy działać identycznie.
Przygotowania
Zorganizowanie autobusów okazało się zajęciem karkołomnym. Ostatecznie udało się załatwić dwa. Pierwszy został zapełniony niemal natychmiast. Drugi, kiedy tylko został zakontraktowany, również zapełnił się błyskawicznie.
Generalnie nastawiano się na transport własnymi środkami. I takie były zamierzenia. Kto nie ma wózka – niech jedzie autobusem. Opracowano również plan na wypadek, gdyby po drodze komuś się zamarzyła chęć skonfrontowania umiejętności prowadzenia twardych rozmów.
Wyjazd
Młodzieżowcy zorganizowali sobie busa. Ale szofer, gdy się dowiedział, kogo ma wieźć, odmówił im wejścia do pojazdu. Gdy młodzież już zaczynała się upychać w fury, okazało się iż kierowca przyleciał jak z pęcherzem i już był zadowolony z kursu. Takie to historyjki też mają czasem miejsce.
Ponieważ autobusy były dla najmniej zorientowanych, zatem miejsce i czas zbiórki podaliśmy do publicznej wiadomości. Ile tam było psiarni!!! Jakby Bin Laden zapowiedział atak terrorystyczny, to więcej by się ich nie zjechało.
Samochody, które miały na sobie jakiekolwiek symbole Śląska (wyłożone szaliki itp.) były na trasie nader chętnie zatrzymywane i dokładnie sprawdzane. Jednak stanowiły taką masę, że mundurowym bractwo wyciekało przez palce.
Jazda
Na trasie już tak niebiesko nie było, tylko jeden oznakowany wózek i drugi po cywilnemu. Kawalkada wyglądała imponująco. Jednak po drodze miał miejsce karambol. Młodzieżowy szofer przy szybkości nieco ponad normatywnej walnął w kufer innego samochodu z kibicami Śląska. Na szczęście zdrowie nikogo z 9 osób podróżujących w wózkach nie ucierpiało, lecz dwie fury (dość stare) zbyt sympatycznie nie wyglądały. Przerwa w podróży trwała około godziny, którą wszyscy, solidarnie, odbębnili na zajazdach.
Niestety, konwój „ochrony” jaki się pojawiła przed miejscem docelowym zaserwował nam „Tour de hanysowo”, zatem ostatnie 30 kilometrów jechaliśmy… 40 minut, mimo iż część ekipy stosowała sztuczki znane nam już z wyjazdów większą ilością fur. Pod stadion główna część ekipy dojechała na pięć minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Ilość aut zjeżdżających pod stadion robiła imponujące wrażenie.
Auto babie
Na uwagę zwracała załoga pewnego mercedesa. W środku podróżowało pięć sympatyczek Śląska. W środku nie było żadnego chłopa!
Wchodzenie
O mało plan „powtórzenia ŁKS-u” by się nie powiódł. Obserwator, komunistyczny dziad, uparł się, żeby nie wpuścić „ponadprogramowych”. Po 40 minutowej rozmowie przedstawiciela kibiców i jednocześnie klubu (Piwki) chciano naszego przedstawiciela odesłać do narożnika. Znaczy się z niczym. Ale ten przytomnie zauważył, że jeśli tak się stanie, to około 300 osób pójdzie sobie na miasto. To z kolei nie spodobało się mundurowym i choć rozmowa teoretycznie już się skończyła decyzją negatywną, chwycono za telefony. Troszkę to idiotyczne, jeśli decyzja o tym, czy można wpuścić trochę więcej ludzi do dość dużego sektora na stadionie w Wodzisławiu ma zapaść w Warszawie. Ale właśnie do centrali PZPN-u dzwonił wspomniany już dziad. Ostatecznie, aczkolwiek niechętnie, zapadła decyzja na „tak”. My wówczas byliśmy jeszcze w drodze.
Po perypetiach na autostradzie związanych z opisanym wyżej dzwonem jak zwykle dotarliśmy pod stadion tak, że cały mecz obejrzeli tylko wyjątkowi szczęśliwcy. Reszta wchodziła według zasady: najpierw posiadacze biletów, potem dodatkowa lista, zakup dodatkowych wejściówek, wejście kolejnej ekipy, znów lista, znów zakup, znów wejście. Ostatecznie ci z samego końca listy zameldowali się na trybunach w 80 minucie meczu. Najważniejsze fragmenty spotkania widzieli. To znaczy rzut karny dla Odry i jego obrona przez Wojtka Kaczmarka. 10 osób nie wyraziło ochoty na wejście na trybuny, zatem te kilkanaście minut postali pod bramami w swoim gronie. Tak jak podczas całego meczu robili to w większym towarzystwie.
Mecz na boisku
Śląskowi zebrało się sporo cierpkich uwag za słabą grę. Faktycznie, mecz do porywających nie należał. Natomiast żaden z wysłanników Fana nie narzekał na zaciętość pojedynku. Kości trzeszczały po obu stronach barykady. Choć fakt faktem, że celnych strzałów po obu stronach można policzyć na palcach jednej ręki. Finezji też nie było, choć akurat w tym elemencie trudno o wirtuozerię, skoro boisko było błotniste. Jednak trawnik bagnem był zarówno dla Śląska jak i dla miejscowych.
Bohaterem meczu okazał się Wojtek Kaczmarek i jego szczęście. Najpierw wybronił niewiarygodną sytuację, a kiedy po rzekomym faulu Górskiego arbiter podyktował przeciwko Śląskowi jedenastkę, ją również wybronił. A czasu na odrabianie ewentualnych strat byłoby niewiele, jakieś 10 minut.
Najbardziej widoczną postacią meczu był z pewnością arbiter. Doprowadził do nerwowej gry, co zaowocowało przepychanko – bijatyką na boisku. Przy wspomnianej już, bardzo widocznej agresji na murawie, do bitki rzuciły się obie ekipy graczy wraz z ławkami rezerwowych.
Mecz na trybunach
Ta właśnie sytuacja, gdy za łby wzięli się piłkarze spowodowała wybuch werbalnej agresji na trybunach.  Nagle zapanował duch bluzgoteki. Kurwy i inne „przecinki” leciały z obu stron gremialnie. Zresztą piosenka o strzelaniu gola panienkom wrocławianom wyszła najgłośniej.
Z innych kibicowskich historyjek – na płocie zadebiutowała flaga Śląska dla Wisły. Doping w I połowie anemiczny, w II nieco lepszy. Ze strony gospodarzy także nic szczególnego nie zaprezentowano.
Pod koniec spotkania ochrona zza płotu poczęstowała nas chmurką gazu łzawiącego. Dlaczego – tego żaden z redaktorów nie dociekł, jednak sądząc po paru osobach, które były najbardziej spryskane sprayem, możemy się domyślać, że najmądrzejsze to ich odzywki do ochroniarzy nie były.
Jednak generalna ocena psiarni nie wypadła najgorzej, miejscowi byli spokojni. Natomiast wrocławscy ganiali z kamerami.
Powrót
No właśnie. Tu pojawił się problem z jego fatalną organizacją. Dlaczego mamy do siebie pretensje z tej strony się nie dowiecie, natomiast ów powrót będzie tematem kilku dyskusji, jakie odbędziemy między sobą w najbliższym czasie.
Generalnie w trakcie jazdy panował spokój. W jednym z autobusów ów spokój był nawet, jak to nazwał „K”, uczestniczący w tej eskapadzie – grobowy.
- Grzybiarze robią więcej zamieszania – stwierdził nasz rozmówca.
Między innymi dlatego autobusy wróciły nie dość, że szybko, to jeszcze bardzo czyste. Co daje nadzieje na pomyślną finalizację rozmów o najbliższym wyjeździe autokarowym.
Po powrocie na miejscu rozwiązania wycieczki – znów okolice zaroiły się na niebiesko. Ale impreza pod chmurką jaka spontanicznie wywiązała się nieopodal nie była rozganiana przez patrole.
Ilu nas było?
Otrzymaliśmy 350 wejściówek. 200 osób dopisało się na listę w samym Wodzisławiu, zatem przyjmujemy za obowiązującą liczbę 550. Dokładnie liczyć się nikomu nie chciało, jedynie statystyk policzył sto osób w tłumie i ocenił na oko, którą część całości owa setka jest. Też wyszło mniej więcej 550 osób. W tym około 40 to byli kibice Wisły Kraków, (bus i kilka wózków), 27 – Slezsky Opava, 8 lub 16 (z trzech różnych źródeł, nie potrafiliśmy wiarygodnie zweryfikować tych informacji) Lechii Gdańsk i 1 kibic Motoru Lublin.
Najmłodszym sympatykiem Śląska na tym meczu był 5-letni Mateusz. Oczywiście do Wodzisławia przybył w towarzystwie taty.
RZ, BK