W Bełchatowie silną grupą meldowaliśmy się kilka razy. Pamiętny był wyjazd z roku 1999, gdy wiele się działo wokół stadionu GKS-u. Potem niemiłe wspomnienia z roku 2003. I spory nadkomplet jaki zanotowaliśmy wiosną. Wiele osób pojechało wówczas bez wejściówek, jednak wszyscy na stadion weszli i pojawiliśmy się tam w dobrze ponad 700 osób. Prawdę powiedziawszy spóźniony, primaaprilisowy wyjazd (3. IV) zaskoczył nas wszystkich. Nie liczyliśmy na tak olbrzymie zainteresowanie, dlatego powiązaliśmy piątkową eskapadę do Bełchatowa z późniejszym, bardzo atrakcyjnym wyjazdem do Krakowa na Wisłę. Kto się pofatyguje do Bełchatowa będzie miał pierwszeństwo w nabywaniu wejściówek pod Wawel. Wydawało się nam, że liczny wyjazd w niedogodnym terminie był efektem takiego właśnie pociągnięcia marketingowego. Sami nie zauważyliśmy, że udało nam się rozbujać wyjazdy do tego stopnia iż teraz limity frekwencyjne stały się naszą zmorą. I tym razem wyjazd do Bełchatowa przypadł na piątek. Biletów przysłano dużo za mało. Wtorkowy wieczór okazał się wkurzający dla wielu, którzy chcieli zapewnić sobie wejście na stadion Bełchatowa. Ile osób obudziło się z ręką w nocniku, tego nie wiemy, jednak pielgrzymki do kas odbywają się nieustannie, choć ogłoszenie o wyczerpaniu limitu poszło w eter. Sporo osób obdzwania wszystkie znane sobie numery by móc zaopatrzyć się w bilet. Dla wielu wyjazd do Bełchatowa będzie ostatnią tegoroczną wyprawą poza Wrocław. Następny, oprócz Gdyni, gdzie pojedziemy w 300 (lub wcale – Arka nosi się z zamiarem zamknięcia sektora dla kibiców gości z dniem 1. grudnia i nie jest powiedziane, ze tego procesu delikatnie nie przyśpieszą) odbędzie się wiosną. Też nie jest powiedziane, czy czegoś w Bytomiu nie wykombinują, bo nas nie lubią tam szczególnie. KKK, RZ
|