Pełno jest różnego rodzaju opisów meczu Śląska z Groclinem. Wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę poświęcona Śląskowi, by znaleźć uwagi to z trybuny krytej, to z otwartej. Uwagi słuszne i rozsądne mieszają się głupkowatymi. Pisze się o tym co było na boisku i o tym
co się działo na trybunach. Jedno stwierdzenie zwłaszcza wpadło w oko naszemu koledze redakcyjnemu, Krzyśkowi. Zauważył wpis „kto nie ma po tym meczu chrypki, ten nie ma prawa krytykować zawodników”. Może ciut inaczej to jest napisane, lecz idea właśnie taka. Nasza redakcja w pełni podziela ów pogląd. Dałeś z siebie wszystko, możesz tego samego żądać od innych.
Koledze Ufokowi dziękuję osobiście za poruszenie tematu dopingu. Poczytajcie jego uwagi, to normalny chłopak, który jeździ na wyjazdy w swój, bardzo specyficzny sposób. Ma w sobie tyle samozaparcia, że chyba nikt z nas mu nie dorównuje. Nie jest związany z żadnym z kibicowskich ugrupowań, stowarzyszeń, podgrupek. Dlatego jego głos jest cenny.
Jaka jest nasza ocena spotkania – już to na naszych łamach wyraziliśmy. Jest jeszcze jedna rzecz, która się rzuciła w oczy, a która udowadnia, że jesteśmy leniami. Wszyscy podają, że z Warszawy przybyło 60 osób. Guzik prawda, 60 to oni zamówili biletów. Z czego 9 oddali, co by dawało liczbę 51. Jednak i ta jest naciągana. Nasi statystycy próbowali policzyć osoby znajdujące się na sektorze gości i najwyższą do jakiej się doliczyli było 45. Zatem uznajemy, że sympatyków Groclinu dotarło na Oporowską 45. Jeden najwidoczniej nie dotarł ze strachu, gdyż przed meczem pożegnał się z własnym szalikiem. No cóż, podróże na własną rękę nieraz kształcą.
Konkluzja: jak opisujecie ilość kibiców gości, to chociaż starajcie się ich policzyć. Między 60 a 45 jest spora różnica, to niemal 30 procent pomyłki! Chyba, że Groclin przywiózł z sobą 15 niewidzialnych.
Roman Zieliński
</div>