Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

NASZ DOPING

Narzekamy, czyli widzimy problem. Wiemy, że nie jest tak, jak być powinno. Ale co z tego, skoro nawet po ustaleniu niedociągnięć i stwierdzeniu jak je wyeliminować – nie realizujemy tych postanowień.
Na stronie Slasknet.com widniała po meczu z Groclinem opinia o naszym dopingu:
„A najsłabszy i najbardziej denerwujący na stadionie oczywiście był gniazdowy. Gość zamiast skupić się na dopingu, to przeraźliwie drze japę i sam chce być najważniejszy. Dziś nawet gwiazdowy chce być celebrytą... Mnie już chyba wypłoszył i na wiosnę będę chodził na krytą. A niektórych pewnie całkiem wyleczył z pobytu na stadionie niestety. I jak tu walczyć o frekwencję...”
Autor tego wpisu, wojtekk jest pewnie jednym ze „świeżaków” na stadionie Śląska. Ale spostrzeżenia takiego „świeżaka” pozwalają spojrzeć na nas samych z nieco innej perspektywy. Co oczywiście nie zmienia faktu, że to on musi się przystosować do stadionowych standardów, a nie kibice z krwi i kości do pierwszego lepszego nuworysza.
Jaki zatem jest nasz doping?
- Nie wiedziałem jak jest, dopóki nie spojrzałem na to z góry. Stamtąd widać jak część bractwa wręcz olewa sobie to, co się do nich mówi – stwierdził SND, który po kilku latach przerwy dał się namówić na pomoc przy robieniu dopingu na Oporowskiej.
Swego czasu w środowisku kibiców padło hasło: TERAZ DOPING!  Ponadto postanowiono, że na Śląsk ma wrócić atmosfera początku lat dziewięćdziesiątych. Przynajmniej pod względem dopingu. Kto nie wie o co chodzi, temu i tak nie da się wytłumaczyć. Kto wie – temu tłumaczyć nie trzeba. To najstarsi stażem fanatycy wzięli na siebie obowiązek „robienia dopingu”. Po zawziętości, jaka wytworzyła się w czasie, gdy ta decyzja zapadała, można było mieć nadzieję, że nie skończy się na pustych deklaracjach. Od tego czasu minęło sporo czasu, a specjalnych zmian nie widać.
Dużo nas, choć las
Odnosi się wrażenie że u nas ILOŚĆ ludzi na odkrytej/w młynie nie przekłada się na JAKOŚĆ dopingu. Czasem gdy 500-osobowa ekipa zasiadająca na Oporowskiej na sektorze gości ryknie, to efekt jest zbliżony do naszego. Tymczasem na innych stadionach czasem ma się ciarki na plecach słysząc \ryknięcie miejscowych. Na Oporowskiej, niestety, o to trudno. Cisza jak w lesie. Może to tylko złudzenie? Żeby mieć pewność, trzeba by zmierzyć decybele.
Zaangażowanie na trójkę
Co z tego, że ręce do „Szkocji”, czy szale przy „Do boju WKS” podniesie 5000 osób ile potrafi przyjść na odkrytą, skoro nie słychać tej masy w czasie śpiewu.
Brakuje nam „powera”, takiego „pierdolnięcia” i utrzymania wysokiego poziomu przez 90 minut. Jeśli popatrzy się i posłucha tego, co potrafią pokazać fani spod szala Wisły, Legii, Ruchu, Lecha dopingujący Amikę, Górnika, czy nawet Jagiellonii, to niestety wypadamy blado. Ta optyczna ilość ludzi stojących u nas w „młynie”, czy będących w sektorze gości na wyjazdach,  nie ma przełożenia na jakość, czyli siłę i głośność dopingu.
Przyczyny obiektywne
Z czego wynika fakt, że doping jest daleki od oczekiwań? Na pewno jest to problem złożony. Przede wszystkim akustyka na Oporowskiej jest kiepska. Nigdy nie była zbyt dobra, a po remoncie trybuny odkrytej jeszcze się pogorszyła. Śpiewający może się wydzierać, a stojący kilka rzędów obok nic z tego darcia nie słyszy. Brak jest „efektu tunelu”, kiedy to śpiew jednej osoby podkręca nie tylko wszystkich wokół, ale samego krzyczącego.
Tymczasem sektory na górze, gdzie to co się dzieje poniżej jest niemal niesłyszalne znajdują się najlepsze miejsce do oglądania meczu.  Stąd jest tam wielu oglądaczy
Nawet przy tak fatalnie wyprofilowanych trybunach efekt ten można uzyskać. Potrzeba „jedynie” dachu.
A o tym, że dach potrafi czynić cuda pokazał chociażby mecz w Kielcach. To spotkanie udowodniło także, że jak chcemy, to możemy mieć dobry doping na wyjeździe (najlepszy od czasu wiosennego Bełchatowa?). Od tamtego czasu  Śląsk wyjeżdżał do: Krakowa na Cracovię (doping symboliczny), Gdyni (nie wpuszczono), Wodzisławia Śl.(finał PE, doping średni), Gliwic (zapłotowy piknik), Wisły (mecz przyjaźni, wiadomo jak jest), Groclinu (symboliczny doping), Białystok (bez nas), Gdańsk (podobnie jak na Wiśle), Kielce (w końcu doping z prawdziwego zdarzenia!), Ząbki (piknik). Bełchatów (jako tako), Poznań (bez nas, choć niepełnosprawni kilka razy krzyknęli), Gdynia (nie zabłysnęliśmy) i Sosnowiec na Cracovię (bez nas). Gdyby patrzeć tylko przez pryzmat wyjazdów, to trzeba by chyba zmienić nazwę akcji na „Teraz piknik”.
Hools ponad wszystko
Na wyjazdach spora część osób nastawiona jest na atrakcje pozameczowe. Oni nie zaangażują się w doping na stadionie. Czy to jednak nie jest błąd? Czy bez znaczenia na to, czy ktoś się uważa za zwykłego kibica, ultrasa, czy hoolsa, powinniśmy dopingować piłkarzy z całych sił, bo właśnie dzięki dobremu dopingowi i oprawom, także budujemy wizerunek kibiców Śląska? Czy swojej wielkości nie powinniśmy potwierdzać za każdym razem, na każdym kolejnym meczu w każdej możliwej klasyfikacji - z jednej strony głośno dopingując, z drugiej ciekawie ultrasując, a z trzeciej wygrywać konkursy „grillowania”?
Wracając do Oporowskiej, to tu także brak zaangażowania i dobrego przykładu części fanów wydaje się być kolejną z przyczyn nie najlepszego dopingu. Czy to właśnie nie „elita” powinna być stawiana za wzór? Nie bez przyczyny istnieje powiedzenie: „Przykład idzie z góry”. Skoro „oni” maja doping „gdzieś”, to czemu ja mam się „wypruwać”? –w duchu mówi przeciętny kibic.
Znane twarze mają śpiewać jak w kilku innych miastach . Inni będą wiedzieć jaki jest model kibicowania.
Organizacja
Czemu w Poznaniu, czy Białymstoku cała trybuna może być jednakowo ubrana? Swego czasu głośno było we Wrocławiu o akcji „Zielony stadion”. Oporowska zazieleniła się dwa razy na meczach z Wisłą, gdy były rozdawane darmowe koszulki przy wejściu. Kiedy doczekamy się takiego efektu  znowu? Niby fakt braku zielonego koloru nie ma wpływu na jakość dopingu, lecz to pokazuje, jak my kibice jesteśmy słabo zorganizowani. Udowadnia również, że brak nam także zorganizowania w dopingu.
Tumiwisizm
Jesteśmy ekipą, która nie lubi śpiewać, ekipą specyficzną. Nie może być za ciepło, mecz musi być przy świetle, inaczej nikomu się nie chce. Kiedy nie wygrywamy za dużo ani nie przegrywamy za dużo, wówczas jest lipa. Ale wystarczy, że sędzia wyda kilka kontrowersyjnych decyzji lub że kibice gości krzykną coś nie tak, i można się na krótko zmobilizować. Jednak głównie w kurwowaniu. Czasem, jak nam się chce, to potrafimy zrobić fajny doping. II połowa spotkania z Ruchem była w tej materii nienajgorsza. Zagłuszyliśmy też lubińskich krecików, choć oni przybyli do Wrocławia z mocnym postanowieniem przekrzyczenia nas.
Historia przeciw nam
Kolejnej przyczyny obecnego nie najgłośniejszego śpiewu stadionowego można dopatrzyć się w umiejscowieniu „młyna”. Na środku trybuny jest najlepsza widoczność. Ile procent z osób pcha się ku środkowi (czyli ku „młynowi”) dlatego, że chce po prostu „drzeć ryja”, a ile bo chce dobrze widzieć boiskowe wydarzenia? Na to pytanie trudno odpowiedzieć.  Chociaż „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać, jak i one”, zatem powinno być dobrze, ale .. Gdy widzi się ludzi obok, którzy nie wkładają maksimum sił w śpiewanie, to automatycznie motywacja spada. Obecność sporej liczby takich „demotywatorów”, ma olbrzymi wpływ na efekt ogólny. Sprawdzić ile osób naprawdę chce zaangażować się maksymalnie w doping jest bardzo łatwo – przenieść młyn na sektor za bramką. Na sektor wejście tylko dla ubranych na zielono, a jak nie śpiewasz to wy... nocha. W sporej ilości klubów sektory najzagorzalszych są umiejscowione za bramką, a na Pilczycach z pewnością też przecież tak będzie. Oczywiście to kwestia kontrowersyjna.
Przeciw tej koncepcji jest tradycja. „Młyn” powstał tu gdzie jest kilkadziesiąt lat temu. A tradycja to rzecz ważna.
Otoczeni stadem pikników
Na jakość dopingu wpływ ma również fakt, że po powrocie do ekstraklasy na Oporowskiej pojawiło się sporo nowych osób, które dopiero wchodzą w życie kibicowskie – nie znają wszystkich pieśni i zachowań. Często zamiast brać się za śpiewanie bractwo łapie się za fajeczki lub dłubanie słonecznika.
Kiedyś aby znaleźć się w „młynie” trzeba było sobie zasłużyć. Teraz przychodzi kto chce. Nuworyszów należy wychować, a każde upomnienie „gniazdowego” osób nieaktywnych jest elementem tego wychowania. Wydaje się jednak, że w porównaniu do innych ekip, my krzyczymy i wydzieramy się, a nie śpiewamy. Różnica między tymi pojęciami jest znaczna. Są hasła, które  się skanduje i WYKRZYKUJE, ale przecież pieśni się ŚPIEWA!!!  Jak to poprawić? Chyba tylko poprzez odpowiednie oddziaływanie prowadzących doping.
Ku pokrzepieniu ducha
Żeby nie było jednak samych negatywów: Spoglądając z trochę szerszej perspektywy, niepodważalny jest fakt kolosalnego progresu od czasu trzeciej ligi. Pamiętacie te czasy, gdy garstka zapaleńców na odkrytej śpiewała, a reszta zajmowała się słonecznikiem? Gdy ciężko było innym „ruszyć dupę” do meksykańskiej fali? Wtedy będąc na meczach Wisły w Krakowie, gdy cała trybuna zaangażowana była w doping, wrażenie różnicy było piorunujące. A teraz mamy gniazdo, nagłośnienie, dopingującą odkrytą i aktywnie włączającą się krytą, czasem nawet głośniejszą od odkrytej, choć bywa, że trochę trudno o koordynację z „młynem”. Wychodzi także śpiewanie na dwie trybuny.
Obecnie trzeba z tego potencjału wycisnąć maksimum, do którego jeszcze nam sporo brakuje. Przecież nasze gardła i struny głosowe nie różnią się od tych Wiślaków, czy Legionistów, które to ekipy potrafiły własny potencjał wykorzystać wokalnie. A na Oporowskiej będziemy najprawdopodobniej grać jeszcze tylko przez rok, czyli raptem jakieś 13 – 14 spotkań.
D, J, SND
Zmieniony ( niedziela, 03 stycznia 2010 10:44 )