Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław

Gdańsk, sobota 28 lutego 2009: Lechia Gdańsk – Śląsk 1-1

Przygotowania do tego wyjazdu trwały od dwóch miesięcy. Po prostu na osiedlach bractwo podczas imprez samo nakręcało się na ten wyjazd. Oczywiście ilość deklarujących chęć pofatygowania się do Gdańska a potem liczba rzeczywista to dwie różne historie. Ale i tak liczba uczestników wyprawy była imponująca. …

Zacznijmy od początku.
We Wrocławiu podczas przerwy zimowej trwało „nakręcanie koniunktury”. Jak już wspomnieliśmy, o wyjeździe do Gdańska mówiło się wiele. Przy byle okazji. Winko na ławeczce też było dobrą okazją do tego, by się zadeklarować wobec kolesiów o chęci pojechania na mecz. I takich deklaracji padło tysiące. Nie tylko we Wrocławiu, ale na niemal całym Dolnym Śląsku. Chęć pojechania zgłaszali tacy, którzy nawet na Oporowskiej się nie pojawiają. Ponadto do Gdańska postanowili się wybrać ci, którzy kiedyś stanowili nieodłączny element spotkań Śląska, a ostatnio wcale ich nie było widać nawet na trybunach we Wrocławiu. Jak i gdzie?
Słysząc te płynące zewsząd zapowiedzi stwierdziliśmy, że w Trójmieście pojawimy się w liczbie 2 tysięcy. Tymczasem w Gdańsku szykowano się na przyjęcie jakichś ośmiu stówek kibiców Śląska. Gdy parę tygodni przed meczem skontaktowaliśmy się z fanatykami Lechii, ci uważali nasze prognozy za niezły żart. Choć gdy sobie trochę podzwonili do Wrocławia mina im delikatnie zrzedła. I w razie czego przygotowali się na sute przyjęcie dla półtora tysiąca sympatyków wrocławskiej jedenastki. Wynajęto halę, zorganizowano stoły, „X”, zawodowy kucharz spędził kilka „upojnych nocy” z garnkami gotując bigosy, żurki i inne specjały. Zorganizowano również piwo w ilościach odpowiednich. Tak się przynajmniej wydawało.
Jazda
Tymczasem we Wrocławiu myślano nad różnymi koncepcjami przemieszczenia towarzystwa. W grę wchodził pociąg specjalny, lecz zrezygnowano z tematu. Zamiast tego jeden z przedstawicieli kibiców poszedł na PKP i podpowiedział o spodziewanej inwazji na trasie Wrocław – Gdańsk, jaka miała nastąpić w piątek wieczorem.
Oczywiście nie wszyscy podróżowali w jednaj grupie. Dość stwierdzić, że w nocy z piątku na sobotę w Trójmieście buszowało już (w zależności od źródła) od 150 do 300 sympatyków Śląska.
Inna sprawa, że pierwszy zawitał jeszcze… przed sylwestrem. I po zakończeniu zabaw noworocznych (nie znamy daty końca tamtej imprezy) stwierdził, że mecz jest na tyle niedługo, że nie warto wracać do Wrocławia.
Najliczniejsza ekipa, zgodnie z naszymi sugestiami, przemierzała trasę nocnym pociągiem. Po specjalnym dostawieniu przez kolej 4 wagonów pociąg był złożony z 11 pulmanów. I cały był zajęty przez kibiców. Brak wolnych miejsc, po 10 osób w przedziałach pierwszej klasy, zajęte „frytkownice” (czyli miejsca na bagaż – bardzo wygodne miejsca, zwłaszcza po wyłożeniu kurtkami). Pasażerów tzw. „normalnych” może ze stu. Reszta rwała na mecz.
Oczywiście nie obyło się bez skandali. Zwłaszcza w Poznaniu, horda wyległa sobie na peron i okolice licząc na dodatkowe rozrywki. Skończyło się na chóralnych śpiewach wiadomej treści.
Na peronie w Gdańsku na przybycie gości oczekiwała około dwustuosobowa wrocławsko – gdańska delegacja. Charakterystyczne dla całej operacji „gościna” było to, że policja przyglądała się zjawisku ze sporej odległości.
Jedna z ekip podróżujących furami była blisko przechwycenia busa z kibicami Arki. Istnieje prawdopodobieństwo, że gdynianie jechali z flagą. Oj, strasznie wrocławianie plują sobie w brodę, że zostali rozkminieni przez gdynian, którzy zmienili trasę przejazdu z Udine, gdzie wspomagali kibiców Lecha podczas meczu Udinese – Amika.
Gdańsk
Oczywiście bractwo rozpełzło się po mieście ziomków. Zwłaszcza na starówce widać było mieszane grupy oraz ucztujących już przyjezdnych, którzy postanowili nie tylko zobaczyć mecz, ale i obejrzeć Neptuna czy Motławę. Grupy wrocławskich turystów odnotowano na Westerplatte, sopockim molo oraz na plażach w Jelitkowie, Brzeźnie i na Stogach. Według niesprawdzonych informacji znaleźli się naśladowcy morsów, którzy sprawdzali, czy woda w zatoce jest mokra.
Gościna i patologia
Cześć fanów Śląska wiedziała do kogo jedzie. Część przybyła się pobawić. Natomiast znaleźli się i tacy, których mottem wizyty było „nachlać się za free”. O tym ostatnim przypadku napiszemy jutro w artykule zatytułowanym identycznie jak tan minirozdział naszej relacji. Jutro również na naszych łamach artykuł o drugim pokoleniu zgody.
Atmosfera hali
W wynajętej hali podczas gdy gdańszczanie przygotowywali się do przyjęcia ziomków z Dolnego Śląska, choć pociąg z ponad tysięczną hordą gości już przybył do celu, i mimo wiedzy iż całkiem spora grupa już w mieście Neptuna nocowała, jeszcze nie wierzyli, że liczba tych, którymi mają się zaopiekować wyniesie dwa tysiące. Choć już zaczęto sobie zdawać sprawę, że nie sprawdzą się ich „delikatniejsze” przewidywania, które oscylowały w granicach tysiąca przyjezdnych.
- Jeśli będzie was półtora tysiąca, to ogarniemy wszystko jak należy – stwierdził „Z” ze stowarzyszenia „Lwy Północy”. Hałda zgrzewek piwa zdawała się potwierdzać te przypuszczenia.
Godzinę przed meczem, mimo że hala ma pełnowymiarowe boisko do gry w piłkę ręczną, pomieszczenie było pełne ludzi. Trudno się było w niej przecisnąć. Z nagłośnienia leciały melodie Lechii i Śląska, lecz powiedzmy sobie szczerze: choć sprzęt był głośny, to i tak niczego nie było słychać. Gwar rozmów tłumił wszystko. Nakładanie jedzenia, choć stoisko obsługiwało momentami dziesięć osób – nie nadążało z wydawaniem posiłków. Po prostu – udana impreza.
Mecz na trybunach
Jadąc do Gdańska postanowiono, że kibice Śląska przywiozą z sobą dwie flagi. Debiutującą, fanklubową „Wyznawcy Dolnośląskiego Władcy” oraz zgodową Śląsk & Lechia.
- Nie ma co brać więcej bo i tak na płocie zawisną te, które ludzie mają po domach – stwierdzono przygotowując się do całego przedsięwzięcia.
Z kolei gdańszczanie postanowili zająć swoimi barwami jedynie łuk obok własnego młyna. Gdzie i tak podczas pierwszej części gry zawisła „zgodówka”. Ostatecznie wraz z trzema flagami, które w Gdańsku przebywają na stałe, na płocie znalazło się 25 barw WKS-u.
Towarzystwo z Wrocławia generalnie siedziało na drugim łuku, lecz tak po prawdzie było wymieszane na całym stadionie. Jak zawsze w Gdańsku.
Lechia pokazała nową „koszulkę”, czyli flagę w kształcie koszulki z dopiskiem o tym, że kibice są dwunastym zawodnikiem drużyny. Potem był festiwal rac i ogni, a jeszcze później olbrzymie płótno z hasłami skierowanymi do PZPN-u. Raczej nagrody od komuchów z PZPN-u Lechia po tej prezentacji nie powinna się spodziewać.
„S” w pewnym momencie postanowił skonsolidować wrocławian, nawet zaczął wspinać się na płot by z niego prowadzić doping, lecz ktoś rozsądny przypomniał mu, że jeszcze ma w kostce śruby jakich nabawił się po poważnym złamaniu jakiego doznał tuż po innym meczu zgody, Śląsk – Wisła. Zatem jak niemal zawsze – w Gdańsku Śląsk nie miał własnego, wydzielonego młyna.
Lechia oprócz zwyczajowych, kibicowskich piosenek pośpiewała coś o komunistach. To znaczy przebój lat osiemdziesiątych „Już niedługo zamiast liści, będą wisieć komuniści”, sztandarowe hasło tamtego okresu „precz z komuną”. Było to uhonorowanie wrocławian i gdańszczan, którzy w przerwie meczu byli dekorowani medalami Solidarności za udział w strajku w Stoczni Gdańskiej w 1988 roku. O tym również szczegółowo napiszemy jutro.
Generalnie na trybunach panował piknik przerywany wspólnymi śpiewami. Zabrakło wspólnej „Szkocji”. Wyszłaby fantastycznie.
Dziennikarz z Wrocławia, Filip Podolski, którego atmosfera Gdańska zauroczyła już w 2005 roku stwierdził, że w związku z tym, że Groclin Warszawa gra z warszawską Legią, Ruch Chorzów z Górnikiem Zabrze, to jest to kolejka wybitnie derbowa, gdyż „Gdańsk przecież jest najdalszą dzielnicą Wrocławia”.
Jak wspomnieliśmy wcześniej – dawał się odczuć kompletny brak milicji w mundurach (jak znamy życie – bez mundurów trochę ich się kręciło).
Święto, które boli
W nocy z piątku na sobotę w okolicach stadionu Lechii cierpiący z tytułu wrocławsko – gdańskiego święta przyjaźni kibice pobliskiej Arki wywiesili trochę plakatów mających obrzydzić obchody.
Plakaty długo sobie nie posiwiały, jednak sympatycy biało – zielonych mieli niesamowitą satysfakcje opowiadając o nich:
- Ale muszą nas nienawidzić. A to, że my się lubimy, musi im strasznie dokuczać…
Mecz na boisku
- Zgodę, to mamy my, kibice. Wy macie zapierdalać – stwierdzili przed meczem swoim piłkarzom fanatycy Lechii. „V” i „M”. Tarasiewicz o zgodzie nie mówił wcale (przynajmniej nic na ten temat nie wiemy). I o spotkaniu inaugurującym wiosenne rozgrywki można powiedzieć wszystko, ze był słaby, że nie urzekł, ale graczom obu drużyn nie można było odmówić chęci walki. Po golu dla Śląska, gdy Łudziński szedł sam na sam z bramkarzem Lechii wydawało się, że jest już po meczu. Jednak identycznie jak we Wrocławiu skończyło się podziałem oczek.
Remis wygląda na polubowne rozwiązanie sprawy, jednak zarówno gdańszczanie jak i wrocławianie (kibice rzecz jasna) twierdzili, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby zwycięstwo każdej z drużyn u siebie.
- Zawsze to w ostatecznym bilansie byłoby po trzy punkty, a tak jest po dwa – zauważył Gdański duet „M&M”.
Inny klimat
Jednym, co się rzucało w oczy był niemal kompletny brak umundurowanej milicji. Gdyby byli i tak nie udałoby się zapobiec jedynemu poważniejszemu incydentowi: rzucona śnieżka trafiła fotoreporterkę, która po chwili wahania upadła na murawę i trzeba było jej udzielać pomocy ambulatoryjnej. Po tym zdarzeniu śnieżki, dotychczas fruwająca na jednym z łuków, poznikały.
Powroty
I tu się zaczyna nasz stan niewiedzy. Ponieważ ludzi było co niemiara, zatem każdy ma swoją historię. Do wielu z nich nie dotarliśmy. Informacje jeszcze będziemy zbierać. Natomiast co wiemy na pewno: w nocnym pociągu, którym wracała znakomita większość ekipy, było dość patologicznie. Spowodowane było to tym, że kibice Lechii postanowili zaopatrzyć nas płynami umilającymi życie. Wrocławscy mundurowi byli natomiast jacyś nadwrażliwi. Między innymi spałowano chłopaka za to, że odpalił zapalniczkę w przedziale pociągu.
Coś się ponoć działo na trasie samochodowej. Szczegółowych informacji – brak.
Część towarzystwa mecz kończyło w niedzielę wieczorem. Wiadomo również, że parę osób jeszcze baluje.
Ilu nas było?
Nie sposób określić. Organizatorzy imprezy w pewnym momencie stwierdzili, że planowany zapas piwa jest wyczerpany (przy podobnych założeniach ilościowych na głowę na identycznej imprezie we Wrocławiu piwa był nadmiar), zatem nabiegowo organizowano dodatkowe półtora tysiąca puszek.
Na bramce wejściowej obok bardzo tolerancyjnych ochroniarzy stała ekipa ze stowarzyszenia „Wielki Śląsk” kontrolująca z grubsza liczbę wrocławian. Miejscowi też próbowali oszacować liczbę przybyłych. Fani Lechii sami nie dowierzali własnym wyliczeniom. Ponieważ dokładna ilość jest niemożliwa do ustalenia, zatem wspólnie i w porozumieniu przyjęto obowiązującą liczbę 2300 kibiców Śląska, jacy tego dnia odwiedzili Gdańsk.
- Na zwykłym, ligowym meczu przy podobnej odległości jeszcze nigdy nie było was tylu, co dziś u nas – stwierdził „M”, jeden z liderów fanatyków Lechii.
I ma rację. Z samego Londynu na mecz przybyło kilkanaście osób. Swoje reprezentacje miały bodaj wszystkie fankluby. Do Trójmiasta zjechało coś koło setki aut. Starsi fani przybywali z dziećmi. Niektórzy – z całymi rodzinami („R” przybył z żoną i dwójką małolatów). Zdarzył się przypadek, że syn przyjechał bez wiedzy ojca, który również wybrał się na mecz (tę historię również przeczytacie jutro w Fanie).
- Miałeś rację, widziałem na meczu takich kolesiów z dzielnicy, których trudno jest zobaczyć na Oporowskiej – stwierdził „R”, jeden z nowodworzan w rozmowie z wieszczącym takie właśnie przypadki naszym redaktorem naczelnym.
30 osób „zasłabło” i zamiast oglądać mecz – spało w hali. Na tym spotkaniu odnotowano także obecność kilkudziesięciu kibiców Wisły Kraków.