Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

Kraków 17 kwietnia 2009 Cracovia – Śląsk 1-1

Kolejny wyjazd piłkarska centrala zafundowała nam, a jakże, w piątek. To powoli staje się wrocławską normą. A miały być same weekendy… Nic to, jesteśmy

twardzi, a wszystko co nas nie zabija, tylko nas wzmacnia.
Przygotowania
Ze strony ultrasowskiej przygotowań żadnych nie było. Natomiast co do organizacyjnych – i owszem. Przede wszystkim postanowiono tak zadziałać by nie było „wolnych elektronów”, tzn. osób, które lubią chadzać własnymi drogami. Sama droga do Krakowa może być bardzo interesująca, a i w samym Krakowie potrafi być wesoło. O czym wielu kibiców Śląska nie ma zielonego pojęcia.
Postanowiono zatem wykupić bilety i rozdysponować je wśród tych, którzy mają duże doświadczenie wyjazdowe.
Ponadto trzeba było zadecydować ile wejściówek przeznaczymy dla chcących nas wspomóc fanatyków Wisły. Dla fanatyków Armii Białej Gwiazdy wypełnić sektor Cracovii na meczu Śląska nie stanowiłoby najmniejszego problemu. Tu warto przypomnieć sytuację sprzed pół roku, gdy postanowiliśmy nie jechać na mecz Cracovia – Śląsk rozgrywany w ramach pucharu ekstraklasy. Trzy dni przed meczem, gdy wiślacy dowiedzieli się iż nikt z Wrocławia się na tą imprezę nie wybiera zaproponowali, by… to oni w komplecie wypełnili sektor przyjezdnych ba stadionie lokalnego rywala. Do realizacji zamierzeń nie doszło z prozaicznej przyczyny: Śląsk już wysłał pismo, że wejściówki będą zbędne.
Trzeba było także rozstrzygnąć dylemat czy przemieszczać się transportem kołowym, czy koleją. Ostatecznie po naradach uzgodniono, że kolej będzie odpowiednia.
Do meczu przygotowywali się również kolejarze. Po konsultacji z kibicami PKP postanowiła dołączyć do wskazanego pociągu trzy dodatkowe wagony.
Wyjazd
Pierwsze zdziwienie ogarnęło na dworcu. Policjanci jacyś tacy grzeczni. Większość podejrzewała podstęp, jednak żadnych zaskoczeń nie odnotowano.
Przemieszczanie się w wygodnych warunkach rozleniwiało. Tym bardziej, że mimo paru interesujących rozmów, jakie odbyto w trakcie jazdy, nic godnego uwagi jadących i odnotowania w tym opisie się nie działo.
Przed samym celem podróży nerwowy konduktor w otoczeniu paru „pilnujących” znalazł kilka delikwentów bez ważnych przejazdówek i jedną osobę z przeterminowaną legitymacją.
Kraków
Na miejscu jak zawsze w podobnych okazjach pełno mundurowych. Tyle, że tym razem dwa razy więcej. Przykukany jeden „obserwator” z Cracovii, lecz błąd organizacyjny spowodował, ze nie udało się go przejąć. Następnie jazda specjalnie podstawionymi autobusami pod stadion Cracovii i rozpoczęło się mozolne wchodzenie na stadion. Odbywało się w takim tempie, że żółw robiłby za ekspres.
Stadion – porażka. Na meczu było kilka osób, które zaliczyło ostatni mecz Śląska na tym obiekcie (jesień 1982).
- Tragedia. W telewizji jeszcze jakoś to wygląda, ale na żywo widać obraz nędzy i rozpaczy – podsumowało obiekt Cracovii dwóch wrocławskich weteranów.
Z usytuowania sektora kibiców gości polewkę miał jeden z wrocławian. Chodził i opowiadał, że gdy widział zdjęcia kibiców Ruchu, którzy oglądali mecz na tym stadionie, to był przekonany, że chorzowianie z jakiegoś powodu nie zostali wpuszczeni na stadion i oglądają wydarzenie sportowe zza ogrodzenia. Dopiero teraz widzi, jak bardzo się pomylił interpretując obrazki z fotosów. Sektor gości jest oddalony od końca boiska jakieś 50 metrów.
Mecz na boisku
Walki sporo, błędów z obu stron – również. Co interesujące, na bardziej zdeterminowaną drużynę wyglądał Śląsk. A po zdobyciu przez Śląska wyrównującego gola z miejscowych powietrze zeszło kompletnie. W Śląsku widać było pierwsze objawy „nerwówki kontraktowej”. Może dlatego zawodnicy tak bardzo się cieszyli z gola Tomasza Szewczuka.
- Przespane pół godziny. 30 minut Cracovia, 20 minut my. A druga połowa zajebista – ocenił pojedynek oglądający go w TV „RND”. Z trybun wyglądało to mniej optymistycznie.
Mecz na trybunach
Jedna rzecz, której Cracovii możemy pozazdrościć, to akustyka owej ruiny zwanej stadionem. Gdy tam krzyknie dwieście osób to doping jest doskonale słyszalny, a jeśli włączy się drugie tyle, to hałas robi wrażenie. Ale wyłącznie dotyczy to sektorów zajmowanych przez miejscowych.
Sektor gości z którego stadion ogląda się mniej więcej tak samo jak z Kopca Kościuszki tym razem był – generalnie rzecz biorąc – milczący. Co nie przeszkadzało parokrotnie sprowokować miejscowych. A że to wcale nie jest trudne, zatem kibice Pasów urządzili bluzgotekę. Do dnia tego meczu myśleliśmy, ze to Wisła jest przewrażliwiona na punkcie Cracovii. Tymczasem jazda, jaką z Armii Białej Gwiazdy mają kibice Pasów graniczy z obsesją.
Na płocie Śląska zawisły cztery flagi, dwie zgodowe z Wisła, fanklubowa „Jawor” i Lechii. Z sektora gości próbowano ocenić sympatyków gospodarzy. Ocena była mało korzystna dla nożowników. Niewielu ich, niewielcy jacyś tacy i dużo młodzieży. Ale takiej z piskliwymi głosami.
Stały duet K&K po pierwszej połowie postanowi się ewakuować ze stadionu. Ochroniarze nie wyrażali ochoty na wypuszczenie ich z obiektu, zatem sforsowali płot. I sobie poszli w miasto.
Oczywiście wrocławianie przyglądali się miejscowym. Ta lustracja nie wypadła dla nich zbyt dobrze.
- Zacznijmy od tego, ze pięćdziesiąt minut przed rozpoczęciem spotkania policzyłem ludzi na stadionie. Wyszło 37. No może 40 – stwierdził „KW”, który zabawił się w statystyka. Ale i później było ich niewielu.
- I tak się sprężyli, bo wiedzieli, że ze Śląskiem pojawimy się my – podsumował aktualne możliwości Pasów jeden z kibiców Wisły, który był na tym meczu.
Debiliada wirtualna
Mecz się rozpoczął, a szaleństwo zaczęło się na internecie. Jakiś prowokator napisał na czacie strony Ślasknet.com, że fani WKS-u zostali obici i stracili flagę. Chat zablokowano, gdyż wypisywanie podobnych pierdół niczemu nie służy. Teraz macie odpowiedź dlaczego na Fanie nie ma żadnych komentarzy, wpisów ani nawet uwag mniej lub bardziej anonimowych osób.
Debiliada rzeczywista
Po meczu bezsensowne czekanie na nie wiadomo co na stadionie. Godzinka tłumaczenia, że bractwo pójdzie sobie jedynie przez Błonia na stadion Wisły spełzły na niczym. Dopiero potem podstawiono autobus i towarzystwo miało się do niego zapakować. Ale wszyscy przeszli obok niego i ekipa tak, jak zapowiadała, w komplecie przemieściła się na stadion Wisły.
Gościna
„U Wiślaków” gospodarze gościli po królewsku. Piwa ile kto chciał, a pizze dojeżdżały z szybkością taką, że następna partia docierała nim poprzednią zdążono rozdać. Podkreślamy: rozdać. Nie zjeść, lecz właśnie rozdać. Nim stos pudełek z okrągłą wałówką znalazł chętnych by je spożyć, już nadjeżdżał drugi stos. Niestety długo zabawić nie można było, gdyż należało się przemieścić na dworzec tak, by zdążyć na pociąg. Marsz był interesujący. Towarzystwo tak się rozciągnęło, że kolumna blokowała zatłoczone, mimo późnej godziny ulice Krakowa. Korki tworzyły się niesamowite.
- Fajnie, ze idziemy na piechotę. Przez te korki zaznaczyliśmy swój pobyt w Krakowie, ci z Cracovii teraz zgrzytają zębami – śmiał się „RP”.
Niestety, służby obawiały się przejścia czeredki przez centrum miasta, dlatego zrobiono tour de Kraków, co drogę wydłużyło. Czy to był powód, czy przyczyna tego, że jakaś flaszka wylądowała na radiowozie – tego nie wiemy.
Interesujący był ostatni etap przejścia. Zamiast przejściem podziemnym ława ludzi szła przez perony, przez stojące na dworcu pociągi.
Pięć osób podostawało idiotyczne mandaty. Za rzucenie peta, za przeklinanie i inne tym podobne pierdoły.
Powrót
Drogę do domu umilili nam fani Białej Gwiazdy, którzy dostarczyli w odpowiedniej ilości środki wspomagające ogólną wesołość. No i wesoło było, oj było. Pierwszy hamulec poleciał pięć metrów po rozpoczęciu jazdy. Kogoś się nie można było doliczyć w ruszającym pociągu. Drugi zaliczyliśmy w Zabrzu. Szukający przygód już wietrzyli swoją szansę, lecz albo ktoś sobie zażartował, albo jakiś spóźniony z wysiadaniem pasażer bał się skakać. Trzeci to już efekt zdenerwowania pewnego wesołka, który ma rozklekotane nerwy i właśnie był w trakcie kłótni. Nie potrafiąc dobrać argumentów chwycił za pierwszy lepszy, czyli akurat za rączkę hamulca.
Ilu nas było?
Zmarnowały się 22 wejściówki. Jakie będą konsekwencje – zajrzyj do rozdziału „Afery”. Dodatkowo 12 osób nie wpuszczono, choć bilety mieli (źle wpisany numer PESEL, brak dokumentów i tym podobne kretyńskie drobiażdżki). Zatem na sektorze znalazło się 316 osób. W tym 95 Wisły Kraków, 8 Miedzi Legnica, 2 Opava i 1 Lechia Gdańsk. Kilka osób, które jechały, na mecz wcale nie miały zamiaru wchodzić na stadion i od razu poszło sobie na stadion Wisły.
Afery
Mieliśmy do czynienia z trzema. Chronologicznie: kilkanaście osób olało sobie własne słowo. Wpisało się na listę wyjazdową, a nie pojechali na mecz. Dobra, M. Dostał grypy jelitowej.
- Gorączkę przeżyję. Osłabienie też. Ale jak mnie dopadnie sraczka w nieodpowiednim miejscu…
Następny z jako takim usprawiedliwieniem to J-G. Nie dość, że ma 100 kilometrów do Wrocławia i to nie z krakowskiego kierunku, to jeszcze zwaliła mu się robota. O uśmierconych babciach i spalonych domach nie słyszeliśmy, zatem wszelkiego rodzaju tłumaczenie jest zbędne. A ciśnienie na ten mecz było takie, że spokojnie można je ocenić na 1000 osób. Tymczasem 22 wejściówki nie były wykorzystane!!!
Mamy już rozwiązanie. Następnym razem wpisy będą przyjmowane wraz z gotówką za bilety. A ci, którzy nawalili przy następnej podobnej akcji raczej nie będą brani pod uwagę jako „pewniacy”.
Afera druga miała miejsce „U Wiślaków” W czasie meczu było tam trochę osób. Przybył też „P” z Wisły i zaczął gadać głupoty. Zanim został uciszony przez swojego ziomka „Z”, najpierw zaproponował solo wrocławianinowi. Ten nie odmówił.
Jednak tę aferę zrzucamy na karb twierdzenia, że zawsze komuś może się we łbie pomieszać.
Trzecia miała miejsce tuż przed Wrocławiem. Najpierw były trudne rozmowy przedstawicieli jednej z naszych zgód z jednym z fanklubów, a później dwaj wrocławianie „Y” i „A” tak niby dla żartu wzięli się za łby. Po czym trzeba było naprawiać wagon, bo do lekkich nie należą a trochę miotania w tym wszystkim było. Ale skoro nosy były całe a i zęby na swoich miejscach, to generalnie można orzec, że było wesoło.

				</div>