Mecz w Kielcach udowodnił, że kilka rzeczy: Ciśnienie wśród pikników opada. Stadion z łamanymi trybunami to jedna wielka lipa. Chociaż dach to jednak dach. Japę piłowali nawet ci, którzy doping na meczach … Przygotowania uważają za rzecz zbędną, wręcz przeszkadzającą. Nasza umiejętność jazdy w kolumnie jest mówiąc delikatnie – cienka. Początkowo sprawa wydawała się prosta: Tylko pociąg specjalny. Tory są, zapotrzebowanie na bilety – również. Jednak z przyczyn niezależnych wynająć składu się nie udało. No to trzeba było kołować transport autobusowy. Na szczęście nie było z tym specjalnych kłopotów. Część towarzystwa z góry założyła, że autobusy nie wchodzą w grę, nastawili się na przemieszczanie samochodami. Jak się później okazało – słusznie. Część osób (20?, 30? 50?) chciała się zaopatrzyć w karty wstępu w piątek. Niestety, zbyt późno. Jazda Wsiadanie do autobusów ruszających spod stadionu odbywało się w asyście nader licznych mundurowych. Co udowodniło, że ci, którzy miejsce zbiórki wyznaczyli sobie w zupełnie innym miejscu mieli sto procent racji. Prędkość podróżna – tragedia, ale to zostało przewidziane, dlatego choć niektórzy twierdzili, że podróż do Kielc nie trwa tak długo, jak zasugerują organizatorzy, to życie pokazało, że malkontenci racji nie mieli. Podczas podróży jak zwykle miał miejsce dzwon. Walnięty z tyłu specjalnie tego nie odczuł, ale winny zamieszania samochód rozwalony został doszczętnie. Rozbita chłodnica, cieknący na potęgę olej – to wszystko oznaczało koniec jazdy dla tej fury. Na szczęście niedaleko od Wrocławia. Laweta nie będzie zbyt droga. Pasażerów feralnego auta rozlokowano w innych środkach transportu. Śmieszny przypadek miał miejsce po drodze. Szofer jednego z aut wyszedł się odlać i… zgubił kluczyki. Też byłby koniec jazdy, ale po dłuższej rewizji w okolicy jeden spostrzegawczy magik z autokaru znalazł zgubę. Lipna okazała się trasa. Choć według mapy – najkrótsza, to z uwagi na warunki drogowe była sporo wolniejsza od innych. Stąd wspomniana wyżej niska prędkość podróżna. Na jednym z newralgicznych historycznie miejsc (doszło tam kiedyś do bijatyki) krążył helikopter. Z wiadomymi służbami w środku. Ponadto podróż była spokojna, lecz na jej końcu, już w Kielcach samochody na wrocławskich blachach błąkające się pojedynczo były obiektem pościgów policji. Sprawdzano takie wózki nader dokładnie pod kątem posiadania rympałków. Wrażanie Stadion – ładny gdy oświetlony, ale o tym przekonaliśmy się dopiero po spotkaniu. Przed meczem, przy świetle dziennym wygląda siermiężnie. Dlaczego nie został pomalowany w żółto – czerwone barwy, to zostanie zagadką inwestora (i tak jakoś trzeba było pomalować, wybrano kolor szary). Dlaczego krzesełka są szare zamiast w barwach klubu i miasta – też trudno ocenić. Ich problem. Muzyka puszczana z głośników momentami tragiczna. Kto pozwolił na tak głośne puszczenie wysokich dźwięków udających szukanie fali w radio, ten prędzej czy później usłyszy zarzut, że jest winnym czyjegoś ogłuszenia. Wejście Ostatni sympatycy Ślaska na obiekt wchodzili w 25. minucie meczu. Co i tak jest niezłym rezultatem, bo spodziewano się dłuższego wpuszczania takiej masy ludzkiej przez bramki. Bractwo pod stadion przybyło na godzinę przed pierwszym gwizdkiem. Tu uwaga dla kolegi „B” z czwartego autobusu: ta 25. minuta oznacza, że zakład kolega przegrał. Wcześniej „B” nie widział powodu dla szybszego przerywania postoju, wydawało mu się że wszyscy na stadion zdążą. “P” dyplomatycznie załatwił, iż z uwagi na niewykorzystanie pełnej puli wejściówek będzie można na miejscu podopisywać się na listę, dzięki czemu 33 osoby które jechały na wariackich papierach, ostatecznie weszły na sektor. Mecz na boisku O pierwszej połowie lepiej zapomnieć. Śląsk grał słabo, lecz na szczęście jak zwykle Kaczmarek miał niesamowitego farta. Po przerwie najpierw Śląsk zaczął grać lepiej, a następnie uwidoczniły się sympatie arbitra, stąd czerwona kartka Celebana. A potem babol Wojtka Kaczmarka i zdawało się, że jest po zawodach. Jednak kapitalny strzał rezerwowego Sotirovića spowodował, że trzeci remis z rzędu stał się faktem. Okoliczności (słabsza gra niż gospodarzy, osłabienie drużyny, wyrównujący gol w ostatnich minutach) spowodowały, iż remis też potrafił cieszyć. Mecz na trybunach O co chodziło w oprawie kibicom Korony, najlepiej niech powiedzą sami zainteresowani. Co prawda oprawa była czytelna (gustowny kowboj, przejrzysty napis), ale jakie było przesłanie tego co zrobiono z takim trudem, tego nie wiemy, Złośliwy red. nacz. stwierdził, że w kieleckich oprawach chodzi jedynie o pokazanie ładnych malunków. Mogą być samolociki, mogą kowboje, może następnym razem jakieś śliczne mrugające oko albo projekt elektrowni atomowej… Tak, wiemy że to bez sensu, dokładnie tak samo jak przesłanie kieleckich opraw. Ultrasi Śląska za bardzo sobie wzięli do serca krytykowany brak oprawna meczach WKS i jak się już wzięli do roboty, to… przesadzili. Ich produkcja okazała się za długa i za szeroka jak na kieleckie warunki. Przecenili wielkość sektora dla kibiców gości. Zajebiści byli miejscowi chuligani zapłotowi. To znaczy tacy, którzy są wielcy, gdy istnieje płot. Wszędzie takich sporo, ale tego dnia szczególne wrażenie zrobił pewien szczerbaty krzykacz. Przykuwał uwagę fanów Śląska. Jako pierwsi zaczęli się produkować kibice Korony. Skoro oni o Śląsku źle, to poszło po bandzie. Szybciutko okazało się, że najbardziej miejscowych denerwuje wszystko, co jest związane z Wisłą Kraków. No to postanowiono grać na tych najniższych uczuciach kielczan właśnie w ten sposób. I szczególnie dużo pozdrowień słano właśnie Wiśle, a to powodowało spore, niezdrowe ożywienie wśród tubylców. Ci z kolei wywalili jakąś szmatę z chałturnie zrobionym napisem mającym uwłaczać. Nam i naszym zgodom. Dość nerwowo kielczanie reagowali również na hasło “Motor Lublin”. Niedawno pisaliśmy w Fanie o zupełnie innym podejściu ludzi podczas robienia dopingu pod dachem. W Kielcach zadziałał ten schemacik, ludzie garnęli się do śpiewania. Nawet ci, którzy specjalnie nie przepadają za tą formą życia kibicowskiego. Jednak nawet w nowych (dachowych) okolicznościach aby “przenieść” natężenie dopingu z górnego sektora na dół trzeba było dodatkowych motywatorów. Co po raz kolejny udowadnia, że jeśli się chce mieć żywiołowa publikę, to nie powinno się budować trybun piętrowych. Zresztą wśród miejscowych na naszym meczu istniał podobny problem. Na pozostałych spotkaniach z pewnością jest identycznie. Powrót Poza tym, że kilka samochodów “się zapodziało”, nic specjalnego się nie zdarzyło. Spośród tych “zapodzianych” dwa wózki wylądowały w miejscu, którego nikt się nie spodziewał (podziękowania dla “K” z DG za błyskawiczne zorganizowanie imprezy). Natomiast na trasie w pewnym momencie furorę zrobił farmazon, że spodziewane są dodatkowe atrakcje. Z atrakcji wyszły nici, natomiast remis część bractwa świętowała do bólu. Ilu nas było? Sprzedano 692 wejściówki. 33 osoby zostały dopisane na listę już na miejscu. Na trybunach zameldowało się 723 osoby w tym 18 Wisły Kraków, 13 Motoru Lublin, 3 Miedzi Legnica i 1 kub 2 Lechii Gdańsk. Różnica (692 + 33 = 725 a nie 723) polega na tym, że wiemy na 100 procent o dwóch osobach, które zakupiły wejściówki, lecz ostatecznie nie pojechały na mecz, a bilety się zmarnowały. Być może ktoś jeszcze nie dotarł, jednak nie jesteśmy tego w stanie sprawdzić. Jeśli tak było, to dotyczyło śladowej ilości osób. Dlatego oficjalna liczba wynosi 723. Info z kosmosu Jeszcze zanim dotarliśmy do domów zostaliśmy poinformowani, że ze strony Korony pojawiły się wpisy informujące o 600-osobowej wycieczce kibiców Śląska. Lepiej by było, gdyby kielczanie sami się liczyli, bo ilości fanów gości na własnym stadionie dobrze określić nie potrafią. RZ, RND PS. Kibice Korony zarzekają się, ze to nie oni podali liczbę 600, lecz że była ona autorstwa kogoś, kto turystycznie zawitał na ich stadionie.
<li>
<a href="javascript:JOSC_addNew()">Dodaj nowy</a>
</li>
<li>
<a href="javascript:JOSC_searchForm()">Szukaj</a>
</li>
</ul>
</div>
<div>
Komentarze (0)
</div>
|