Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

Doping, czyli wspólna sprawa

Mecz z Ruchem coś udowodnił. Że jest wielu takich, którzy się do dopingowania najzwyczajniej rwą. Samoistnie. Udowodnił także, że doping bez prowadzącego (gniazdo było puste) ma trochę zalet, lecz jeszcze więcej wad.

Zacznijmy od gniazdowego. Wiele kubłów pomyj wylano na tych, którzy wychylali się z robieniem dopingu. Niezależnie, kto to by nie był, zawsze znajdował swoich oponentów. Jednak rola owych oponentów zaczyna się i kończy na klepaniu klawiszy. Tak było i nic się w tej materii nie zmieni w dającej się przewidzieć przyszłości. Gniazdowy kontroluje ile razy krzyknięto (tu użyje skrótu myślowego) jedną zgodę, ile – inną. Mecz z Ruchem pokazał dobitnie, że jeśli nie ma dowódcy, to w tej materii wychodzi totalna lipa. A każdy nasz mecz jest wnikliwie obserwowany w wielu miastach. Nie tylko w Gdańsku, Krakowie, Legnicy czy Lublinie (kolejność nieprzypadkowa – alfabetyczna). Ale również w drugiej części Krakowa, Szczecinie, Warszawie, Chorzowie, Gdyni, Poznaniu, Białymstoku, Łodzi, Katowicach, Bydgoszczy, Lubinie, Koszalinie (kolejność przypadkowa).
Gniazdowy musi mieć posłuch, ale posłuch wywalczony przez siebie. Rewelacyjnie do tematu podszedł ostatnio „J”, który na przykładzie pewnej primadonny wytłumaczył wszystkim, jak należy postępować, a jak nie. Co wzbudziło ogólny aplauz. Działalność wcześniejszego wodzireja, który próbował straszyć (i to, broń Boże, nie osobiście, ale tym, że ktoś inny będzie obserwował niezbyt chętnie śpiewających) to parodia. Jak już ma się używać argumentów siłowych, co swego czasu było normą o czym wielu dzisiejszych kibiców nie ma zielonego pojęcia, to podobnie jak z dopingiem, trzeba być konsekwentnym. I służyć za przykład, a nie jak dupek chować się za plecami innych.
Gniazdowy ma potężny oręż w postaci nagłośnienia, oraz tego, że jest widziany przez publikę. I musi to umiejętnie wykorzystać. „J” potrafi z tego zrobić doskonały użytek.
Nasz stadion jest niestety tak skonstruowany, że sam gniazdowy nie pociągnie całej trybuny. A warunkiem tego, jak nas widzą inni, jest masowość. Kolega „U” zgłosił propozycję, by kilka osób wspomagała gniazdowego na barierkach, ale nie w okolicy gniazda, lecz na sąsiednich sektorach. To jest do zrobienia, lecz trzeba wytypować osoby i ustalić sposoby komunikacji.
Pewnie na dniach coś się i w tym temacie wykluje.
Samoistny doping to coś wspaniałego. Gniazdowy musi to czuć, wychwytywać. Po co rozkręcać całą trybunę, skoro kilkadziesiąt osób jest już „rozgrzanych” i sami napędzają tłumek zgromadzony wokół siebie?
Trochę ubawiła informacja, że te kilkadziesiąt osób, które poszło w przerwie na trybunę za bramką pytało „J” o pozwolenie na robienie tam dopingu.
- Pytali się, czy mogą śpiewać? – nie dowierzał później „K”. – Mają śpiewać, bo jak nie to wpierdol – żartowaliśmy nawiązując do starych czasów. A tak na poważnie: właśnie o to chodzi. O darcie ryja. Zabranianie śpiewania to działanie przeciwko Śląskowi. Tyle, że trzeba wyć to, co wyć można. Jak ktoś nie łapie o co chodzi, to szybciutka podpowiedź: a wolno na stadionie Śląska śpiewać „Arka Gdynia” lub „hej, hej, Cracovia”? No, to już chyba wszystko jasne.
Mecz z Ruchem, choć zakładaliśmy iż spotkania o puchar ekstraklasy będziemy traktować tak, jak na to zasługują obowiązkowe mecze towarzyskie, pokazał że jest wielu samoistnych wodzirejów. Potrafią wpływać na kilkanaście – kilkadziesiąt najbliżej stojących osób. A że wszystko potrzebuje ogarnięcia – wiadomo nie od dziś.
To dopiero początek dyskusji o naszym, wrocławskim dopingu. Dziś wieczorem odbędzie się pewne spotkanko z którego na sto procent coś wyniknie. O czym, rzecz jasna, się dowiecie.
Roman Zieliński

				</div>