Majowa część podsumowania poprzedniego roku kalendarzowego była nader trudna do opisania. Wciąż wiele się działo, my sami byliśmy skołowani i wściekli, Śląsk wciąż miał szansę na bezpośredni awans do pierwszej ligi podczas gdy wokół naszego klubu robiono wszystko, by formalnie przestał istnieć.
Ponadto z uwagi na przyśpieszone rozgrywki najwyższej klasy rozgrywkowej coraz bardziej widać było, że Groclin ma chrapkę na grę w europejskich pucharach. Wrocławscy ortodoksi widzieli w tym swój atut. Nikt nikomu nie będzie w stanie w prosty sposób wytłumaczyć, że zespół, który awansował do pierwszej ligi bez żadnej machlojki będzie mógł grac na stadionach europejskich w rozgrywkach pucharowych. Tymczasem wchodząc w najpiękniejszy, wiosenny miesiąc o swoje bili się futboliści. Po 28 kolejkach (na zaplanowanych 34) Śląsk z dorobkiem 51 oczek na koncie zajmował czwartą pozycję. Prowadziła Lechia Gdańsk z dorobkiem 56 punktów, drugi był Piast Gliwice (52), trzeci Znicz Pruszków (52). Na plecach mieliśmy przeżywającą kryzysik Arkę (48), Polonię Warszawa (47). Kolejne w klasyfikacji Podbeskidzie mogło już sobie tylko pluć w brodę, że wcześniej sprzedali mecz w Gdyni, bo z dorobkiem 42 oczek już mogli zacząć świętowanie wakacji, a gdyby mieli o trzy punkty więcej (i to kosztem Arki), wówczas jeszcze mogli by na coś liczyć.
Maj 2008 był jednym z najciekawszych miesięcy w całej, 61-letniej historii Śląska. A jego końcówka to w zasadzie fantastyczny materiał na scenariusz niezłego filmu.
MAJ
Ten miesiąc zaczął się fatalnie. W pojedynku z Jastrzębiem na własnych śmieciach Śląsk stracił gola jako pierwszy. Działo się to w dniu Święta Konstytucji, czyli 3 maja. W 36. minucie spotkania gola dla gości zdobył Wilczek.
Jednak szczęście było przy nas, a lekarstwem okazał się Łudziński. Tuż przed przerwą wyrównał, a chwilę po rozpoczęciu drugiej połowy zdobył drugiego, jak się okazało, zwycięskiego gola.
Mecz ten oglądało około 6 tysięcy widzów w tym 160 na sektorze dla kibiców gości. Przy czym połowa z tej ekipy to byli zaprzyjaźnieni z kibicami Jastrzębia fanatycy z Kędzierzyna.
Kibice GKS-u trochę przeszacowali swoje możliwości, gdyż z Jastrzębia do Śląska wpłynęło pismo o chęci przybycia ich w grupie liczącej 700 osób.
Z kibicowskiego punktu widzenia mecz z Jastrzębiem miał swój specyficzny „smaczek” Otóż na płotach stadionu oprócz jednej tylko flagi stricte klubowej (tak zwanego „szalika”) znalazły się tylko barwy fanklubowe. Miało to być podkreślenie ważności dla całej społeczności kibicowskiej grup fanów Śląska z innych niż Wrocław miejscowości. To fanklubowicze tak naprawdę są motorem napędzającym miłość i przywiązanie do Śląska w regionie.
Po zwycięstwie nad Jastrzębiem Śląsk umocnił się w tabeli i przygotowywał do gry w bardzo trudnym rywalem: Polonią Warszawa. Czarne Koszule fatalnie grały na obcych stadionach, lecz u siebie punktowali z najlepszymi. My tej strony Warszawy nie kochamy, gdyż działacze z Konwiktorskiej to zwykłe futbolowe łachy. Nastawieni antykibicowsko. Na środowe spotkanie zamówiliśmy 300 wejściówek.
Wojna o Śląsk
Oczywiście cały czas w tle rozgrywek futbolowych toczyły się rozmowy o przyszłości Śląska. Czy też, tak jak to widzieliśmy my, o końcu historii klubu. Bowiem rozmowy o połączeniu Śląska i Groclinu, a raczej o wchłonięciu Śląska przez Groclin zdawały się wchodzić w fazę końcową.
Komentowaliśmy to w sposób następujący:
„Nie wszyscy rozumieją, że jest całkiem prawdopodobne, że datą śmierci Naszego Klubu będzie dzień 24 maja bieżącego roku. Wówczas zakończą się rozgrywki II ligi. No, może jeszcze do tego dojdą baraże, zatem agonia może się przedłużyć o jakieś półtora tygodnia.
Oczywiście powodem uśmiercenia Śląska ma być fuzja z Groclinem. Drzymała rzecz jasna będzie chciał grać pod nazwą Śląsk, ale aby się dowiedzieć czym będzie tak naprawdę „nowy klub” (słowa prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza), trzeba będzie zajrzeć do wpisu do KRS (Krajowego Rejestru Sądowego).
(…)
Jeśli ktokolwiek dopuści do tego, że Śląsk będzie występował na papierach Groclinu, tego śmiało będzie można nazwać grabarzem świętego, wrocławskiego klubu. Na razie dążą do tego poznaniak Dutkiewicz i poznaniak Drzymała.
Dlatego może się zdarzyć, że wyjazd 24 maja do Poznania (znów ten Poznań się przewija) będzie ostatnim występem Śląska historii klubu.
Kto tego nie rozumie, temu tak naprawdę Śląsk jest obojętny. Tacy podobno kochają piłkę dla samej piłki. Ciekawe, gdzie byli na II lidze, gdy grał w niej Polar?”
To fragmenty artykułu „Wojna o Śląsk”, który ukazał się na Fanie przed eskapadą do Warszawy na mecz z Polonią.
Poruszano także inne aspekty „operacji fuzja” Zastanawialiśmy się na przykład, po co Wrocławiowi hotel w Grodzisku (a to był jeden z punktów proponowanej umowy). W przypadku zakupienia przez gminę Wrocław hotelu znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że teraz będą optować za wykupem przez nasze miasto jakiejś karaibskiej wyspy.
Babol czarnego lesera
Tymczasem pojedynek w Warszawie za sportowego punktu widzenia okazał się niewypałem. Choć od 42 minuty Śląsk grał w przewadze, nie potrafił tego wykorzystać. I w 64 min. po czerwonej kartce dla Janusza Gancarczyka siły się wyrównały. A w końcówce pojedynku wpuszczenie czarnego Murzyna, Imeha na boisko okazało się kolejnym osłabieniem naszej drużyny. Po fatalnym błędzie tego przybłędy i równie złej interwencji Wojtka Kaczmarka Śląsk stracił bramkę decydującą o porażce na trzy minuty przed końcem spotkania. 102 osoby z sektora gości nie mogły czuć się zadowolone. Ci, których nie wpuszczono (4 chłopaków z Lublina, standard na Konwiktorskiej) – również zadowoleni nie byli.
Po meczu z Polonią doszliśmy do wniosku, że na Konwiktorskiej nie bardzo odróżniają poszczególne kluby. Wiemy, że do Warszawy często z nami zaglądają kolesie z Motoru Lublin, ale żeby na wejściówki na mecz Polonia – Śląsk drukować herby Polonii i Motoru, to już była lekka przesada.
No i jeszcze jedno. Po meczu w Warszawie w autokarze wiozącym zawodników Śląska doszło do przepychanki. Nie tylko słownej. Wszyscy zawodnicy mieli pretensje do Imeha za olewactwo. Zgodnym chórem stwierdzono, że leniowi nie chciało się biegać i to był główny powód przegranej, która mogła się odbić brakiem awansu do pierwszej ligi. Leń dostał kilka klapsów w swój durny łeb.
O nas bez nas
W ten sam dzień, gdy Śląsk grał w Warszawie z Polonią w rozgrywkach o Puchar Polski miała nastąpić półfinałowa konfrontacja Groclinu z Wisłą Kraków.
Tu mała uwaga. Przypominamy, że kilku fanów Śląska było w Krakowie podczas pierwszego spotkania tych zespołów pod Wawelem. I na płocie stadionu Wisły wisiały trzy nasze flagi. Także z trybun leciały hasła, jakie na pewno nie spodobały się ani działaczom Groclinu, ani jego właścicielowi.
Przed rewanżowym spotkaniem Groclin – Wisła w siedzibie Śląska rozdzwoniły się telefony.
- Ilu kibiców jedzie do Warszawy? Macie przecież listę – z takim pytaniem zwrócono się z… Grodziska Wielkopolskiego. Usłyszeli, że niewielu. W tym momencie przedstawiciel Groclinu wyraźnie się zaniepokoił. Stwierdził, że według posiadanych przez niego informacji wynika, iż fanatycy Śląska nie jadą do Warszawy, gdyż zamierzają przybyć do Grodziska Wielkopolskiego wraz z zaprzyjaźnionymi sympatykami Białej Gwiazdy i zdemolować wszystko co tylko napotkają po drodze. A zwłaszcza w samym Grodzisku i najbliższych okolicach. A stadion to mają zamiar puścić z dymem.
Kto puścił taką plotkę, tego nie wiemy. Ale – trzeba przyznać – wywołała ogromne wrażenie.
Tymczasem jedynie 10 fanów Śląska wspomagało kibiców Wisły Kraków w Grodzisku Wielkopolskim. Wiślaków było 190 (według jednego źródła), 120 (według innego).
Pożegnanie z ekstraklasą?
Cztery dni później Śląsk prawie pożegnał się z ekstraklasą. W niedzielny wieczór 11 maja doszło do spotkania z Odrą Opole. 365 osób na sektorze gości i niemal 7 tysięcy widzów na pozostałych trybunach już czekało na zwycięski dla WKS-u, ostatni gwizdek sędziego Bartosika, gdy Odra wyrównała na 1-1. Działo się to w… 95 minucie spotkania.
Jak do tego doszło?
Kibice Odry bardzo sprężali się na dwa wyjazdowe mecze: z GKS-em Katowice i Śląskiem Wrocław. Futboliści z Opola rozegrali je w ciągu zaledwie jednego tygodnia. Sądząc po natężeniu opolskiej propagandy liczba 365 jest szczytem możliwości fanatyków Odry, przy czym 60 to były posiłki z Lubina a 30 – z Bytomia.
Dlaczego pojedynek trwał tak długo? Ano dlatego, że byliśmy świadkami bulwersującego incydentu.
Fani Śląska z Nowej Rudy podczas spotkania z Odrą Opole jak zwykle zawiesili flagę na płocie. Z uwagi na zasłonięcie bramki (nie tej do gry, lecz tej umożliwiającej wejścia na drugą strone płotu okalającego boisko), trzeba było barwę przewiesić. No to przewiesili nieco dalej. To bardzo zdenerwowało policmajstra, który nakazał ochronie:
- Ściągnąć tę szmatę!
Dosłownie, tak to właśnie zabrzmiało. Kultura osobista imć policmajstra jak najbardziej upoważnia go do zajmowanie takiej właśnie pozycji.
Za tak postawione zadanie zabrała się ochrona. I się zaczęło. Doszło do dymów, bieganiny. Po łbach dostali ochroniarze. Przy czym: tak od kibiców jak i policji.
Ostatecznie flaga została zwrócona i zawisła w innym miejscu. Ile kto dostał litrów gazu łzawiącego, ile osób zaliczyło razy, to dla wydającego idiotyczną decyzje nie miało znaczenia.
Tak na marginesie: największa stadionowa zadyma wszechczasów w Polsce, jaka odbyła się w 1993 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie przed meczem Polska – Anglia też się rozpoczęła od tego, że policjant miał uwagi co do miejsca rozwieszenia flagi Śląska. Idiocie, który wydał taki rozkaz podczas meczu Śląsk – Odra polecamy książkę „Pamiętnik kibica”. Czasem warto się uczyć.
Kibice z Opola też mieli swoje przejścia. Wchodzących na stadion przy Oporowskiej trzepali bardzo uważnie. Ich oprawa była poddawana szczegółowej kontroli. Policjanci nie chcieli wpuścić styropianowego napisu „Odra Opole”.
- A wiadomo, co oni z tych liter ułożą za hasło? – twierdził pewien czujny mundurowy.
- Nic nie wymyślą, za dużo „O” – podpowiedział nieco inteligentniejszy policjant z Opola.
Po tym spotkaniu szanse na awans były znikome. Przynajmniej szanse na „prawilny” awans, to znaczy z pierwszego lub drugiego miejsca. Lechia miała już 63 punkty, Znicz – 61, Piast – 58 a Śląsk i Arka po 55. Do rozegrania pozostały jeszcze trzy pojedynki. Z zaprzyjaźnionym i spokojnym o swoje miejsce w tabeli Motorem, z zaprzyjaźnioną i walczącą o awans Lechią oraz na koniec z chcącą pozostać w II lidze Wartą w Poznaniu.
Kierunek uderzenia
Przed meczem Śląsk – Odra podano do publicznej wiadomości, ze mecz Arka Gdynia – Podbeskidzie Bielsko-Biała, jaki rozegrano 8. marca 2008 roku został przez graczy Podbeskidzia sprzedany za 30 tysięcy złotych. To znaczy Arka go kupiła. Do tej pory autor tych słów czeka na pozew do sądu. I jakoś nikt nie chce mu wytoczyć sprawy.
Ostatnia faza, czyli lanie alkoholu
Piłkarze Śląska tymczasem do stracenia nie mieli niczego. Do zyskania – jedynie kasę. Bo po sezonie mieli zostać „bezklubowcami”. Jedyną szansą na cokolwiek było wywalczenie kompletu, 9 oczek w ostatnich meczach i liczenie albo na cud jakowyś, albo na gremialną degradację z ekstraklasy w związku z korupcją (choć rozgrywki najwyższej klasy rozgrywkowej już dobiegły końca, to jeszcze nie ogłoszono decyzji o wyrzuceniu nikogo z jej szeregów).
Kibice tymczasem szykowali się na czas alkoholików. Wszakże najpierw trzeba było odwiedzić Lublin, potem przyjąć kibiców z Gdańska. I to w przeciągu zaledwie czterech dni!!!
„Już niedługo święto. Śląsk pojedzie do Lublina. A tam hulanki i zabawy. Oczywiście nagle namnoży się nam kibiców wyjazdowych. Sami nie będziemy wiedzieli skąd się nas tylu wzięło. Prawda jest jednak okrutna, gdyż na zabawowe wyjazdy jeździmy hordami. A tam, gdzie pojechać trochę trudno, to te hordy topnieją.”
Tak informowaliśmy na łamach Fana. Coś w tym jest, wszakże wiosną roku 2008 frekwencje wyjazdowe malały.
Po kolei zaliczyliśmy: Katowice, gdzie było nas 1150 (w tym ok. 50 Wisła Kraków, 25 Miedź Legnica, 20 Slezsky Opava, 6 Motor Lublin kilku Lechia Gdańsk). Dodatkowo około 50 osób stało pod płotem.
Następnie pojechaliśmy do Stalowej Woli. Tam zameldowaliśmy się już tylko w 281 osób. (w tym 20 Wisła Kraków, 2 Motor Lublin).
Kolejny wyjazd to Turek. Tutaj faktycznie były ograniczenia ilościowe, co stanowiło pewną dość trudną zaporę do przebycia. W Turku zameldowaliśmy się ekipą 190-osobową.
To fakt, że kolejne wyjazdy zaliczyliśmy w środy. Na dodatek na pierwszy z nich, do Płocka z uwagi na dość osobliwą postawę policji nie wypalił pociąg specjalny. Co nie zmienia faktu, że liczą się liczby bezwzględne, a te nie są nadzwyczajne. W Płocku zaliczyliśmy wyjazd w 132 osoby. Teraz była Warszawa. Znowu te okoliczności, na które będziemy się powoływać, czyli tydzień po zorganizowaniu wolnego na Płock, trzeba było w środku tygodnia montować wolne na kolejną wycieczkę. I znów frekwencja byłą niższa od poprzedniej, czyli 102 osoby (2 Wisła Kraków, 1 Motor Lublin).
Jeśli wziąć ciąg liczb, to jest to ciąg malejący: 1150, 281, 190, 132 i 102.
Wiadomo było, że w Lublinie średnia nam wzrośnie. Pytanie brzmiało; o ile?
Spotkanie w Lublinie było karnawałem. Atmosferę pikniku wzmagała pogoda (plus 35 stopni w cieniu) oraz gościnność gospodarzy. Zabawy, hulanki i swawole jakie miały miejsce przed meczem, w jego trakcie oraz po zakończeniu spotkania na zawsze wpiszą się w historię przyjaźni wrocławsko – lubelskiej.
Część opisu tegoż wyjazdu:
„Doping kierowany był głownie przez kibiców Motoru, lecz i wrocławianie pojawiali się na lubelskim gnieździe. Generalnie raz śpiewano o Motorze, raz o Śląsku, a potem jakieś wspólne piosenki. I od nowa: raz o Motorze…
W trakcie spotkania ułożono dwie choreografie. Opisywanie ich nie ma sensu, co bardziej dociekliwi internauci już widzieli je na zdjęciach na innych stronach. Oczywiście znalazł się jakiś daun, który zamiast rzucić racę pod nogi, gdy już gasła, wolał ją przerzucić przez ogrodzenie.
Wśród głośno krzyczanych haseł „Wrocław cały bez Drzymały” był jednym, z dość eksponowanych.
Generalnie mieliśmy do czynienia z sielanką. Przy tej pogodzie (słońce, upał), taka atmosfera ma właśnie taką nazwę.”
Ilu nas było? Nie wiadomo. Najprawdopodobniej około 400, czyli wcale nie najwięcej. Śląsk zwyciężył 1-0 po bramce Janusza Gancarczyka, co przy remisie Piasta w Płocku dawało podstawy do optymizmu. Jednak nie sobota zadecydowała o losach Śląska, lecz kolejny dzień, czyli niedziela.
To następnego dnia zapadła pierwsza, drugoligowa decyzja. Lechia zwyciężyła w Gdańsku ze Zniczem i w ten sposób po pierwsze Lechia wróciła do pierwszej ligi, a po drugie Znicz stracił możliwość utrzymania przewagi nad rywalami. Poza uciekającą Lechią czołówka tabeli się ścieśniła.
Powrót Ligi Chuliganów
W tym to właśnie czasie, gdy ważyły się losy Śląska wznowiona została książka, która zrobiła sporo szumu w połowie lat dziewięćdziesiątych. Książka która nazwała pewien wycinek kibicowskiego życia. Codzi o „Ligę Chuliganów”. Wydana w 1996 roku już dawno się rozeszła i jej egzemplarze osiągały zawrotne ceny na internetowych aukcjach.
- Początkowo chciałem dołożyć parę rozdziałów, a przynajmniej jeden o policjantach, bo trochę tego zabrakło. Ze swoją obecną wiedzą na temat tego jak działają służby mundurowe miałbym spore pole do popisu. I tak początkowo planowałem. Jednak gdy jeszcze raz przemknąłem wzrokiem po treści książki, doszedłem do wniosku, że jest to fajny obraz stadionowej rzeczywistości połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i nie będę niczego zmieniał – stwierdził autor i tak ostatecznie zrobił. Choć jak pokazała najbliższa przyszłość rozdział o policjantach byłby jak najbardziej wskazany.
Wśród chłopców od Neptuna
Po zabawie z Motorem przyszedł czas na gościnę Lechii.
Dla nas spotkanie to zaczęło się znacznie wcześniej. Otóż w zwyczaju jest to, że kibice gości, gdy gramy z klubem zaprzyjaźnionym, wchodzą na mecz ze sporymi ulgami. Wywalczyliśmy co prawda, że fani Lechii dostaną wejściówki za 5 złotych, lecz zmieniono prezesa i decyzję o uhonorowaniu gdańszczan diabli wzięli. Nowy zarząd widział sprawę inaczej, to znaczy fani Lwechii mieli dostać 500 biletów po dyszce, a reszta może sobie zakupić bilety po 17 złotych.
Z takimi decyzjami się nie zgadzaliśmy. Nie tylko dlatego, że w Gdańsku weszliśmy ma mecz za free i honor nakazuje się zrewanżować choćby w najprostszej formie. Sprawa dla nas była honorowa, zatem nie rozmawiając już z decyzyjnymi w klubie, poszliśmy do ludzi, którzy sprawują nad klubem nadzór własnościowy. Czyli do urzędników miejskich.
Sekretarz Patalas widzieć nas nie widział. Sekretarka na nasz widok stała się blada jak papier. Cholera wie, dlaczego. Owszem było kilka osób, może nieco cięższych niż przeciętni petenci Urzędu Miejskiego. Ale żeby się tak bać?
No to poszliśmy do pana Janickiego. Tego też nie mogliśmy złapać – wiadomo, narada. Ale tu sekretarka była bystrzejsza od koleżanki i odbyła się mała telekonferencja, która pozwoliła
nam chociaż mieć nadzieję, że sprawę załatwimy pozytywnie. Pozytywnie dla naszego honoru.
Tym bardziej, że pół roku wcześniej na przyjęcie fanatyków z Wrocławia kibice Lechii zebrali 25 tysięcy złotych. Każdy zmarznięty kibic Śląska (mecz był rozgrywany w piątek 19. października i było cholernie zimno) dostał kiełbasę, bigos a przed meczem i po nim sporą ilość wody ognistej lub napitków chmielowych.
MUSIELIŚMY się zrewanżować.
Stowarzyszenie Wrocławski Klub Sympatyków „Śląsk” zebrało na ten cel 20 130 złotych . To efekt wszystkich zbiórek jakie zrobiliśmy. Jednak wydatki były jeszcze wyższe!
Sport i sporty walki
Mecz Śląsk – Lechia był spotkaniem specyficznym. Z założenia. Lechia już awansowała do ekstraklasy, a w Gdańsku wszyscy tego samego życzyli Śląskowi.
Przypomnijmy chronologię zdarzeń: w sobotę Śląsk przedłużył nadzieję na awans sportowy wygrywając w Lublinie z Motorem 1-0. W niedziele Lechia awansowała pokonując Znicz 1-0. Mecz Śląsk – Lechia zaplanowano na środę.
W niedzielę wieczorem jedna z ważnych postaci gdańskiego świata kibicowskiego dzwoniła do Romka Zielińskiego:
- Słuchaj, zrobimy wszystko. Pogadamy z kim trzeba. Wystawimy juniorów.
W poniedziałek po południu ta sama osoba znów dzwoniła do Romka:
- Nie ma sensu załatwiać juniorów. Piłkarze wciąż oblewają awans, a przecież za kilkanaście godzin wsiadają do autobusu!! – Będzie dobrze.
Zatem sprawę motywacji zawodników Lechii mieliśmy załatwioną. Na boisku w postawie graczy Lechii zbytnio tej dwudniowej imprezy widać nie było, jednak Śląsk po golu Janusza Gancarczyka prowadził niemal całe spotkanie. A w ostatniej minucie pojedynku Łukasz Trałka dołożył swojaka i skończyło się na 2-0. Kibiców Lechii naliczyliśmy około 700.
Tymczasem więcej walki niż na boisku obserwowaliśmy na trybunach.
Już przed meczem byliśmy świadkami dość interesujących zdarzeń. Teraz wiemy, że za wszystkim kryła się prowokacja służb porządkowych.
Sprawa jest prosta. O wpływy w Śląsku walczyli: prezydent Wrocławia Dutkiewicz i minister spraw wewnętrznych i administracji Schetyna. Przy czym Śląsk przez obu był traktowany instrumentalnie, tak naprawdę chodzi o to, że według Schetyny prezydentem Polski ma zostać Tusk, a według Dutkiewicza – on sam.
Służby i instytucje podległe Schetynie wywoływały we Wrocławiu tzw. „ducha walki”. Że niby kibice nie chcący się pogodzić z przejęciem klubu przez Drzymałę (a więc za wizją forowaną przez Dutkiewicza) zechcą rozpieprzyć wszystko, co tylko się da puścić z dymem. Jak Schetyna tego dokonał, tego nie wiemy, na pewno jak zwykle załatwił sprawę nie swoimi rękoma. Lecz wszystkie służby mundurowe robiły wiele, żeby podczas spotkania doszło do zamieszek. I doszło.
To jest chore. Dym na trybunach na meczu przyjaźni. Wojenka oczywiście nie miała miejsce pomiędzy kibicami, lecz na linii fanatycy – ochroniarze.
Potem doszło do innych interesujących zdarzeń. Na przykład ni stąd ni zowąd zablokowane zostało jedno z najlepiej zorientowanych w sprawie mediów, czyli strona Fana. Dwa dni nie działała, choć nawet specom od elektroniki nie sposób było się zorientować dlaczego. Ot, taki zbieg okoliczności.
Tu pozwolimy sobie przypomnieć, co napisaliśmy o tej zadymie gdy już mogliśmy to zrobić:
Zadyma na Lechii
Żaden kibic w Polsce podczas meczu Śląska i Lechii zadymy nie oczekiwał. Ani ci, którzy są doskonale obeznani w kibicowskich układach, ani kibice piknikowi, którzy się pojawiają na stadionach raz na jakiś czas. We Wrocławiu nawet dzieci wiedzą, że Śląsk i Lechia to przyjaciele. Nie tylko kibice się lubią.
Dla nas sprawa jest jasna. Podczas meczu z Lechią mieliśmy do czynienia z ordynarną prowokacją.
Już podczas spotkania z Odrą Opole działo się wiele dziwnych rzeczy. A historia z flagą Nowej Rudy, którą na polecenia policmajstra („ściągnąć tę szmatę”) dawała dużo do myślenia.
Spotkanie z Lechią to jedna wielka prowokacja.
Skąd firma „Zubrzycki” bierze ochroniarzy, tego do końca nie wiemy. Część jest z Hanysowa. Ci raczej są mało nerwowi. Ale zdarzały się wynalazki ciekawsze. Wchodząc na stadion przed meczem z Arką część z nich śpiewała dość głośno i to w kilkanaście osób: „Jesteśmy z wami, lubinki, jesteśmy z wami”. Interesujące, prawda?
Przed meczem z Lechią również dochodziło do ochroniarskich prowokacji werbalnych. Wygłoszenie frazy „Lechia Gdańsk, ku… szajs” do kibica z Gdańska mogło zakończyć się awanturą. Wyjątkowo powolne wpuszczanie tuż przed samym meczem także nie było czymś, co robiło dobrą atmosferę. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że kibice sami są sobie winni, gdyż powinni przyjść pół godziny wcześniej. Jednak pamiętajmy, że tego dnia gdy rozgrywano mecz Śląska z Lechią we Wrocławiu padał deszcz. Nikt nie lubi moknąć, a na trybunie odkrytej, jak sama nazwa wskazuje – dachu nie ma.
Złośliwości tego dnia było ze strony różnych mundurowych służb podejrzanie wiele. Wreszcie jedna wypaliła: pochwycono jednego mniej trzeźwego. Bardzo pijany być nie mógł, skoro udało mu się wyrwać milicji z objęć. Funkcjonariusze jednak go dopadli i zaczęło się pałowanie. Kilku mundurowych waliło pałkami jednego gościa. Jaka byłą reakcja publiczności? Łatwa do przewidzenia. Publika ruszyła uwalniać bitego.
Co się działo potem, to powinno przejść do historii. Historii nieudacznictwa w dowodzeniu.
Zadam prowokacyjne pytanie: co by się stało, gdyby atakowani policjanci najzwyczajniej opuścili stadion?
Już później, na spokojnie zadałem to pytanie kilkudziesięciu osobom. Wszyscy stwierdzili, że wówczas zapanowałby spokój. Nie byłoby wyrywania krzesełek i rzucania czym popadnie. Milicja musiała stać na swoim miejscu najprawdopodobniej ze względów ambicjonalnych.
Szans w starciach z kibicami na gołe ręce mundurowi nie mieli żadnych, jednak co sprzęt, to sprzęt. Strzelano do zagotowanego tłumu z broni gładkolufowej.
Ale oprócz tłumu strzelano do wszystkich, którzy znaleźli się w polu rażenia. Niezależnie, czy osobnik był autentycznie atakującym, czy przebywał w miejscu pracy.
Poczciwy „Gomóła” czyli grillowi próbował uspokajać tłum, bo nie chciał, żeby za amunicję posłużyły jego ławki. I zamiast zostać uspokajaczem, stał się celem dla operatorów broni gładkolufowej. Zaliczył siedem trafień. Filmik z rozstrzelania Gomóły już funkcjonuje w Internecie. Z tym filmikiem, którego autorką jest „E” też się wiąże interesująca rzecz, ale o tym w osobnym artykule.
Generalnie policja sobie do zarzucenia nie ma nic. Wręcz przeciwnie, uważają się za bohaterów. A że tak naprawdę uczestniczyli w jakiejś nie do końca zrozumiałej rozgrywce, tego oficerowie nie wiedzą (jeśli tak jest, to są najzwyczajniej głupi), lub o tym wiedzieć nie chcą (a to by znaczyło, że lepiej jest cicho siedzieć i nie wychylać się, wówczas będzie można liczyć w przyszłości na jakieś awanse).
Kto w rozgrywce, której ofiarami są kibice jest rozdającym karty prowokatorem można się jedynie domyślać. Jakie są cele „głównego rozgrywającego” tego również nie wiadomo.
A tak na zakończenie opisu tego, co się zdarzyło na meczu z Lechią. „G”, prawnik spytał się mnie przed meczem, czy będzie spokojnie. Twierdził bowiem że wie ze źródeł ze swojej branży, że będzie zadyma.
Podobne pytanie zadał mi przed meczem przychodzący na stadion z córką policjant w cywilu. Według niego na tym meczu również miało się coś dziać.
Wcześniej w radiu Eska nadawano co godzinę, czy nawet co pół godziny spot, w którym stwierdzano, że część kibiców nie chcąc się zgodzić na Drzymałę przybędzie na mecz w celu niekoniecznie pokojowym. Sugerowano, że do bijatyki może dojść.
Interesujące, że o możliwości zaistnienia zadymy wiedziały środowiska prawnicze i dziennikarze związani z Platformą Obywatelską.
Wszyscy na poznański pogrzeb!
Zbliżała się data ostatniego dnia historii klubu. Tak się wydawało wszystkim fanatykom Śląska. No, może nie wszystkim był pewien entuzjasta fuzji z Groclinem. Niejaki „F”. Ale on był na marginesie wydarzeń, choć jak pokazała przyszłość, jest również niezłym mącicielem.
Tymczasem 24 maja miało się rozstrzygnąć wiele rzeczy. Kibice Śląska nawoływali, by jechać na pogrzeb własnego klubu.
„Śląsk zdobył tytuł mistrza Polski w 1977 roku, zdobył dwa razy Puchar Polski (1976, 1987), zdobył Superpuchar (1987). Grał z Liverpoolem, Borussią Moenchengladbach, Napoli, pokonał znienawidzonego przedstawiciela radzieckiej milicji, czyli Dynamo Moskwa. To już za nami. Rok 2008 jest końcem tegoż klubu.
Teraz we Wrocławiu zagości Groclin. Jakieś tam wicemistrzostwo nawet na koncie ma, nawet w pucharach europejskich zaliczył pewne osiągnięcia. Ale nigdy nie grał przy 50-tysięcznej publiczności, jaką miewał Śląsk.”
I gdyby wszystko było normalnie, to do Poznania zapewne pojechałby nadkomplet wrocławskiej publiczności. A w tej rzeczywistości wybrało się jedynie 700 osób (w tym po jednej z Krakowa, Gdańska i Lublina). W większości ubranych na czarno.
Jak przedstawiały się szanse Śląska?
Tabela wyglądała następująco: Lechia już awansowała z pierwszej pozycji i miała wszystko gdzieś. Drugi w tabeli był Znicz, któremu przyszło się zmierzyć w ostatnim spotkaniu z zespołem środka tabeli – Podbeskidziem Bielsko-Biała. Znicz miał na swoim koncie 62 punkty. Na trzeciej, teoretycznie barażowej pozycji znajdował się Śląsk z dorobkiem 61 oczek. Dwa punkty mniej miały Arka Gdynia i Piast Gliwice. Reszta się nie liczyła.
Z kolei istotne było to, że Warta Poznań jeszcze nie miała zapewnionego na 100 procent statusu drugoligowca. Jeszcze się mogło zdarzyć, że poleci do ligi trzeciej.
Sam mecz Śląska w Poznaniu początkowo nie dostarczał emocji, jednak po pół godzinie gry z minuty na minutę na murawie robiło się coraz goręcej. Ostatecznie po kapitalnym i, powiedzmy sobie szczerze: szczęśliwym pojedynku WKS zwyciężył 3-2.
Na trybunach obiektu przy ulicy Bułgarskiej (stadion Lecha na którym obecnie gra Amica) trwał festiwal. Usadowienie gości tuż przy dachu trybuny krytej (która była niemal zupełnie pusta) powodowało, iż nasz doping niósł się lepiej, niż się sami tego spodziewaliśmy.
- Dzięki akustyce był głośniejszy niż na meczach u siebie, choć ilości ludzi na meczach z Piastem czy Arką i na poznańskim wyjeździe są nieporównywalne – stwierdził po tym spotkaniu jeden z pracowników Śląska, który był na meczu.
Na sektorze dla gości zawisła przede wszystkim „Szlachta z Wrocławia”. Bo czarna i podkreślająca Wrocław.
Zwyczajowo, dostało się Drzymale. Szczególnie to było dla niego upokarzające, gdyż wiąchę zaliczył w Poznaniu. Jego Poznaniu. Na stadionie, do którego przymierzał się przed niespełna dziesięciu laty. A poza dopingiem hitem sezonu było kierowane do będących na stadionie nielicznych kibiców Lecha sympatyzujących za Amiką: „sprzedałeś się, sprzedałeś się, sprzedałeś się za lodówkę”.
Po meczu odbyła się feta. Wspólna zawodników (bez Imeha) i kibiców. Zabawa została zbrukana wiadomością o tym, że pół godziny po zakończeniu rozgrywek II ligi komisja do spraw nagłych PZPN-u przystała na fuzję Śląska z Groclinem.
Prawdę powiedziawszy i tak fetowaliśmy na pogrzebie, zatem mimo wszystko były śpiewy chóralne, zabawy i wyklinanie Drzymały.
Potem feta przeniosła się przez pociąg specjalny na wrocławski Rynek. Choć tak po prawdzie był to taniec na pogrzebie, tak nam się wówczas wydawało.
I jeszcze epilog do poznańskiej potyczki. Przechodząc obok sektora kibiców Śląska były piłkarz naszego klubu imć Kaczorowski pokazał nam środkowy palec. Tym samym uznał się za brata ideologicznego innego „paluszkowgo” Benjamina Imeha.
Sensacyjny koniec rozmów
Zakończenie miesiąca miało swój sensacyjny wręcz finał. Otóż doszło do spotkania reprezentacji kibiców z Drzymałą.
Jak się okazało w urzędzie miejskim ktoś usilnie starał się nie dopuścić do podobnych rozmów. Już teraz, po czasie zorientowaliśmy się, że jednym z ogniw nie chcących podobnego spotkania był wspominany wyżej „F”. Mieniący się kibicem. Ale to tak na marginesie. Współpracował w tym zakresie z Michałem Janickim, członkiem Platformy Obywatelskiej urzędnikiem miejskim.
Dobra, spotkanie spotkaniem, ale jaki był jego rezultat?
Otóż inwestor z Grodziska Wielkopolskiego uznał nasze, kibicowskie racje. JESZCZE RAZ, WIELKIMI LITERAMI: DZRYMAŁA UZNAŁ, ZE NIE BĘDZIE FUZJI, LECZ ON PRZYJDZIE DO ŚLĄSKA ZE SWOIMI PIENIĘDZMI.
A co za tym idzie – zrzekł się gry w Pucharze UEFA wywalczonym przez Groclin. A to niosło za sobą konkretne straty finansowe.
- Nasz honor jest cenniejszy od kilku milionów. Nie ma ceny – zripostowano, choć oczywiście nie honor był głównym argumentem przetargowym fanatyków.
Po analizie tychże argumentów Drzymała poprosił o kilkuminutową przerwę podczas której skontaktował się z prawnikami.
- W papierach PZPN-u Śląsk będzie figurował jako klub założony w 1947 roku. W KRS-ie będzie inaczej, gdyż formalnie zmieni się właściciel. Obecny KRS Śląska ma datę 2006 roku. W Pucharze UEFA nie wystąpimy. Jednak jeśli to ma być kompromis, to co uzyskam z waszej strony? – stwierdził Drzymała. Uzyskał odpowiedź, że będziemy dążyć do tego, by wrocławska publiczność była jak najliczniejsza, co w przypadku „zgroclinienia” byłoby nie tylko niemożliwe, ale wręcz torpedowane. Ponadto ma to być publika żywiołowa a nie milcząca, jak na Legii.
Interesujące, że po tym spotkaniu, gdy okazało się, że kibice mogą z Drzymałą nie tylko rozmawiać, ale i umieją wywalczyć swoje, to na internecie ujawniły się postawy, które nie tylko „jechały” z fanatykami, ale również z Drzymałą. I byli to w dużej mierze ci sami internauci, którzy jeszcze dzień wcześniej byli za Drzymałą.
Maj 2008 był jednym z najciekawszych miesięcy w całej, 61-letniej historii Śląska.
Krzysztof P, Andrzej P, RZ