Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

Bez łaski dla Śląska

Najpierw przypomnienie o jakich czasach mówimy: Jesienią 1997 roku Śląsk spadł z kretesem z pierwszej ligi, a sytuacja finansowa klubu była tak tragiczna, że trzeba było wycofać zespół z rozgrywek kilka kolejek przed końcem

rozgrywek by zaoszczędzić kasę na przyszły, już drugoligowy sezon. Lecz trochę wcześniej na Oporowskiej widać już było symptomy tego, co nadejdzie.
Czas zdarzenia: jesień roku 1995. Jakiś mecz reprezentacji narodowej. Miejsce: Warszawa, stadion Legii na Łazienkowskiej, a w zasadzie schody w kuluarach (brzmi ładnie, lecz wyglądało nader obskurnie). Osoby dramatu: kibic Śląska, pismak, członek zarządu Wojskowego Klubu Sportowego Śląsk Roman Zieliński i Jacek Laskowski, wtedy bardzo opiniotwórczy w światku futbolowym dziennikarz. Wówczas pracujący w telewizji publicznej. Inne telewizje były w powijakach.
Podejście z prośbą do jednego z tych, którzy byli wówczas twarzami polskiego futbolu wymagało ode mnie przełamania się. Nie lubię prosić. W swojej sprawie – nawet bym nie umiał. Ale nie chodziło o mnie, chodziło o Śląsk. W takim przypadku własne ambicje schowałem do kieszeni i co tu gadać, w jakiś sposób się ukorzyć.
- Panie Jacku, można zająć chwileczkę?
- Słucham – powiedziane to było z wyraźną niechęcią. Wielki dziennikarz, a tu ma czelność do niego zagadać jakiś ubrany na sportowo typ.
- Wie pan jakiś sposób reprezentuję Śląsk Wrocław. Czy nie mógłby pan spojrzeć na naszą drużyną łaskawszym okiem, powiedzieć o tym klubie kilku ciepłych słów? Potrzebujemy pomocy…
- Jak Śląsk potrzebuje pomocy, to musi sam sobie pomóc – skwitował mnie wielki pan dziennikarz. Próby stwierdzenia, że ekstraklasa zawitała do pipidówek i to chyba nie jest najlepsze rozwiązanie dla naszego futbolu wyraźnie znudzony Laskowski skwitował machnięciem ręki i wykazując znudzenie moja osobą i tematem podreptał w swoją stronę.
Złośliwy jestem, a ponieważ sporo kosztowało mnie podejście do Laskowskiego, od tamtej pory patrzyłem na karierę dziennikarza. Jego gwiazda zgasła jakoś tak sama z siebie, teraz jego słów nie przyjmuje już nikt jako futbolowego objawienia, jak to było w połowie lat dziewięćdziesiątych. Teraz jest jednym z wielu, niemal niezauważalnym wśród masy mu podobnych komentatorów sportowych. Wyłysiał, wychudł, rysy twarzy wskazują na poważniejsze przejścia życiowe. Teraz jest szeregowym komentatorem Canalu Plus.
Przed meczem z Górnikiem Zabrze Laskowski pałętał się przy bramach wejściowych stadionu przy ulicy Oporowskiej. Podszedłem jak kilkanaście lat temu. Tym razem to ja patrzyłem na niego z góry. Próbowałem mu przypomnieć rozmowę sprzed lat. Oczywiście jej nie pamiętał. To, że ktoś chciał u niego wyprosić kilka ciepłych słów o klubie powiedzianych przed kamerami, pewnie było dla niego normą, ale fakt, iż nie przyswoił sobie wywodu o ucieczce futbolu do małych mieścinek mnie zdziwił. Bo wówczas nikt tego nie chciał widzieć, pierwszy się z tym problemem przebijałem do ludzkich głów. Dobra, srał go pies, ktoś podsuwa mu temat, on tego tematu nie widzi – jego sprawa. I jego dziennikarskiego spojrzenia na rzeczywistość. Może „Fryzjer” w malutkich Wronkach opłacał i jego, może był na lewej liście płac Tygodnika Miliarder, który ekstraklasą piłkarską przyprowadził do Pniew?
- Chciałem tylko powiedzieć, że Śląsk sobie pomógł. Sam. Bez pańskiej pomocy.
Nie wiem, czy te słowa zrobiły na Laskowskim jakiekolwiek wrażenie. Wątpię. Natomiast w każdy możliwy sposób będę przypominał kibicom Śląska, kto nie chciał wyciągnąć pomocnej dłoni w kierunku naszego klubu wtedy, gdy tej pomocy potrzebowaliśmy.
Pamiętliwy złośliwiec Roman Zieliński

				</div>