Artykuły · FanSlask / fanslask.aha.pl

Bełchatów 3 kwietnia 2009

GKS Bełchatów – Śląsk 2-1
To spotkanie zaznaczyło się kilkoma rekordami. Zaraz do nich dojdziemy. Zaznaczyło się też jedną rzeczą, która na stałe zaczyna być znakiem towarowym Śląska: zawsze spotkania w tym mieście kończą się nie satysfakcjonującymi nas rezultatami.

A jak wyjazd, to koniecznie musi być piątek.
Przygotowania
Bilety na to spotkanie w liczbie 500 przybyły do Wrocławia jeszcze przed meczem z Groclinem Warszawa, czyli na dwa tygodnie przed spotkaniem. Wydawało się, że pół tysiąca wejściówek na piątkowy pojedynek to trochę sporo, zatem postanowiliśmy zagrać marketingowo. Kupując wejściówkę do Bełchatowa będzie się miało pierwszeństwo przy zakupie biletów na mecz Wisła – Śląsk. No i okazało się iż nasze marketingowe pomysły powinni kopiować najlepsi fachowcy na świecie, bo to, co się zaczęło dziać z biletami przerosło oczekiwania wszystkich. Ostatnie poszły na 9. dni przed meczem. W czwartek 26 marca o godzinie 10.37. Jeszcze tego samego dnia pod kasami pojawiło się około stu osób, które odeszły z kwitkiem. Choć informacja o zniknięciu kart wstępu była szeroko kolportowana, to w piątek od kas odbiło się kolejnych 50 osób, a w sobotę następne 30. Próbowano załatwić dodatkowa pulę, lecz natrafiono na odmowę. Nie wynikającą ze złej woli, lecz z ograniczenia miejsc na sektorze dla gości. Bano się o zbytni ścisk. Nie mogąc nabyć wejściówek  Znaleźli się tacy, którzy znaleźli sposób na obejście problemu braku biletów poprzez działania internetowe. O biletach jeszcze w tym tekście trochę będzie.
Z uwagi na kłopoty z dojazdem zorganizowano autobusy w liczbie sześciu. W tym jeden został zorganizowany przez jeden z prężniejszych fanklubów.
Ponadto postanowiono, że na Śląsk ma wrócić atmosfera początku lat dziewięćdziesiątych. Przynajmniej pod względem dopingu. Kto nie wie o co chodzi, temu i tak nie da się wytłumaczyć. Kto wie – temu tłumaczyć nie trzeba. To najstarsi stażem fanatycy wzięli na siebie obowiązek „robienia dopingu”. Po zawziętości, jaka wytworzyła się w czasie, gdy ta decyzja zapadała, można było mieć pewność, że nie skończy się na pustych deklaracjach.
Jazda
Start wyznaczono bardzo wcześnie. To dawało szansę, byśmy się nie spóźnili na mecz. My umiemy się spóźnić zawsze. Po raz pierwszy autobusy startowały spod stadionu. Miejsce było o tyle lepsze, niż zwyczajowe, gdyż na parkingu jest znacznie więcej miejsca niż w centrum. A peklowanie tylu autobusów to zupełnie inna operacja niż jednego.
Oczywiście start był opóźniony, lecz jakoś wszyscy wiedzieli, kiedy autobusy będą jechać i w kierunku Bełchatowa przemieszczała się całkiem spora kawalkada. Niestety w niezbyt chcianym i lubianym towarzystwie.
Kłopotem była ilość kierowców we wrocławskich wózkach nie kumających, jak się jeździ w kawalkadach. Kolejny kłopot miał miejsce w Walichnowych. Tam mieli stanąć wszyscy, by uczcić miejsce śmierci „Rolika”, Rolanda Leszczyńskiego, który zginął tam wracając ze spotkania w Bełchatowie w maju 2003 roku. Mundurowi nie chcieli wpuścić na ten zajazd nikogo. Z pierwszymi dwoma autobusami i dwudziestką aut się powiodło, lecz z resztą już nie. Druga ekipa zapaliła na feralnym miejscu około 100 zniczy. Pierwsza zatrzymała się dopiero 40 kilometrów dalej.
Wówczas to ustalono, ze z uwagi na skomasowanie sił porządkowych, co w zasadzie wykluczało zaistnienie jakiś niespodzianek, ekipa pojedzie w dwóch kolumnach. Bo, jak zwykle, zaczęło się robić późno, a procedura wchodzenia trwa. I każde dodatkowe minuty wchodzenia pozwalają wejść ostatniemu z kolejki znacznie wcześniej. A ponadto przed nami miał miejsce wypadek (po motocyklistach zostały tylko kaski i nadający się na złom motor), który blokował połowę jezdni.
Atmosferka
Pilnowanie porządku w autobusach spadło na tych, którzy mają największy mir. Dlatego część bractwa jechała autokarami, choć znacznie wygodniej by się im podróżowało wózkami. Dwa autobusy były nader wesołe. W jednym przez pół drogi wciskano w głowę nową pieśń. Kilka osób, jak zwykle w takich wypadkach, uznało autobus za doskonałe miejsce do spożywania środków imagogennych.
Zgrzyty
Cztery osoby jadąc na mecz Śląska wdziały się w bardzo nieodpowiednie stroje. Właściciela koszulki londyńskiej Chelsy (tak to się odmienia?), który przedstawił się jako dwunastokrotny wyjazdowicz upomniał mniej radykalny ‘napominacz”. Dwaj nowodworzanie paradujący w koszulkach reprezentacji Anglii dostali zjebkę od kogoś znacznie radykalniejszego. Może nie w poglądach, lecz w działaniach. Natomiast na „F”, który przybył w koszulce Celtiku, dostało się mniej. Jednak tylko dlatego, że na jego gabaryty generalnie nie ma żadnych koszulek. Cała czwórka ma świadomość, że dobaboliła.
Wejście
W samym Bełchatowie „Piwko”, który formalnie jest pracownikiem klubu (takie usytuowanie pomaga załatwiać różne problemy) wywalczył, że miejscowi jednak wpuszczą dwustu „dodatkowych” sympatyków wrocławskiej jedenastki. Pod jednym wszakże warunkiem, że na bramach nie będzie cyrków. Oczywiście wśród części bezbiletowców, najczęściej tych o chwiejnych nogach i takowym spojrzeniu wszystko było zbyt wolne, a „prośby” o przyśpieszenie procedury brzmiały mniej więcej tak:
- Szybciej, kurwo, zapierdalaj.
Specjalnie nie ma się czemu dziwić, że kilka osób nie weszło na stadion. Pijani, bez kasy i dokumentów…
„F” został poszturchany przez ochroniarki. Za głupawy tekst oczywiście.
To, że ktoś zapomniał biletu zostawiając portfel w autobusie samo w sobie dziwne nie jest, lecz tym razem ów zapominalski był nader pechowy, gdyż autokary po wypakowaniu zawartości odjechały na parking oddalony o jakiś kilometr. Na dobitkę wcale nie taki łatwy do zlokalizowania, jeśli ktoś nie zna terenu.
Wśród tych, którzy nie weszli parę osób „poszło w miasto”. Napić się, bo suszyło strasznie. I zrobić zaopatrzenie w postaci kilku zgrzewek, gdyż innych tez będzie suszyć strasznie. A może jeszcze bardziej.
Przebywanie na sektorze nie podobało się nader dobranemu duetowi „K&K”. Podchodzili do odźwiernych i udawali Anglików, chcąc wyjść. Na browarek, rzecz jasna. Przebierali się w różne stroje, gdyż próbowali wydostać się kilka razy (ciągła zmiana odzienia, czapek, okularów), ale nie wyglądali wiarygodnie. Ich znajomość języków obcych tez nie wzbudzała zaufania adresatów próśb o uchylenie kraty.
Mecz na boisku
Tu oceny są podzielone. „Wynikowcy” uważają, ze Śląsk zagrał fatalnie i mają na to tysiąc argumentów. Według patrzących na grę krytyka już nie jest taka miażdżąca. Kaczmarkowi tym razem szczęście nie dopisało, choć akurat to nie on jest najbardziej winny utracie obu goli. Generalnie mecz był wyrównany i to element szczęścia zadecydował o ostatecznym rezultacie. A tego farta tym razem było rekordowo mało.
Mecz na trybunach
Mobilizacja na rzecz dopingu podziałała ożywczo. Na pewno to Śląsk był bardziej słyszalny niż gospodarze. Nowa pieśń została podłapana przez wszystkich, lecz jest śpiewana trochę za szybko. Jak się nauczymy zbyt „patatajować”, to nie osiągniemy zamierzonego efektu, dlatego kolejna lekcja dopiero we Wrocławiu, przy głośnikach. Natomiast od 15 minuty do końca pierwszej połowy poleciała jedna piosenka. Przedłużenie o 4 minuty niczego w tej materii nie zmieniło.
Takie wydłużenie przed przerwą było wynikiem serpentyniady zrobionej przez miejscowych. Gospodarze generalnie sprężyli się organizacyjne na ten pojedynek i zrobili oprawę. Na miarę swoich możliwości. Śląsk bez oprawy, lecz z flagami, które trzeba było zmieniać, bo nie starczyło miejsca na ich ekspozycję.
Doping w II połowie nieco osłabł, ale po meczu trwał jeszcze ponad kwadrans. To rekord ostatnich lat. Kiedyś było to normą, że śpiewy zaczynały się godzinę przed pierwszym gwizdkiem, a kończyły, zwłaszcza przy okazji wyjazdów, w okolicach Dworca Głównego. Tego we Wrocławiu.
Tym razem bractwo się nakręciło. I fajnie, bo choć mecz przegrany, to wracało się z niego jak ze zwycięstwa.
Na pewno na jakość dopingu wpłynął fakt, że bardzo szybko skończyły się kiełbaski w punkcie gastronomicznym, bo mniej gąb było zajętych przeżuwaniem.
O tym, ze dopingowanie to nie taka prosta rzecz na własnej skórze przekonał się jeden ze śpiewających, który zasłabł i trzeba mu było udzielać pomocy medycznej. Eskulapy się sprawiły i półprzytomny po zastrzyku wrócił do świata żywych.
Mecz generalnie bez bluzgów. Poza tym, ze miejscowi coś tam krzyknęli pod adresem Widzewa. Jeden niepotrzebny wstrzyk do gospodarzy został zgłuszony nim rozlazł się po całym sektorze.
Powrót wśród ciemności
Pełno białych kasków. Stacje benzynowe pozamykane na głucho. Zajazdy bez prądu, ludzie tam siedzieli przy świecach!!!. I kawalkada setki pojazdów wywołująca frustrację wśród kierowców i spore zdziwienie osób oglądających ów przejazd kawalkady wydłużanej co kilkanaście pojazdów niebieskimi transporterami z białymi paskami. Jeden z takich transporterów nie wytrzymał chyba tempa, bo jego załoga stała z głupimi minami nad otwartą maską wozu.
„X” liczył wrocławskie wózki i wyszło mu 102. Jedna z ekip sprawdziła empirycznie. Jadąc w środku stawki zatrzymała się. Po 8 minutach ruszyła ponownie i okazało się, iż do końca peletonu jest jeszcze pięć fur.
Z boku mogło się wdawać, że mecz jest lajtowy. Jednak gdy jeden z autobusów mimo protestów niebieskich jednak zjechał na zajazd, natychmiast na nim zapakowały się dwa auta o podejrzanych blachach i wózki natychmiast się ewakuowały.
Godzinę jazdy od Wrocławia stanął jeden z autobusów.
Zabrakło mu paliwa, bo nie dotankował a nie miał gdzie zalać, gdyż wszystkie stacje pozamykane – poszło w ludzi.
To teraz mundurowi będą mieli awanturę. Ktoś poleci komuś po premii – już się cieszono. Jednak okazało się iż radość przedwczesną jest, ponieważ wózek delikatnie zdefektował. Ostatecznie bractwo dotarło na miejsce trzy godzinę później niż reszta stawki innym autobusem, który musiał dojechać na miejsce postoju.
Tymczasem część bractwa dotarła pod stadion, czyli miejsce wyjazdu, w tym samym czasie co piłkarze.
- Jakoś tak szybko się rozeszli, nie za bardzo chcieli gadać – twierdzi „KK”, który jedynie podśmiewał się z masażysty. Bo ten targał największa torbę. Oceniono, ze to była torba na gole Śląska.
Ilu nas było?
Nie ma szans na dokładne przeliczenie wszystkich obecnych, zatem podajemy liczbę do jakiej udało się dotrzeć organizatorom wyjazdu na podstawie liczby sprzedanych biletów. 500 poszło w klubie (4 osoby się nie zjawiły) z dodatkowych 200 zostało kilkanaście. Ponadto kilkadziesiąt osób weszło na sektor gości, mimo iż mieli bilety na zupełnie inne sektory (pokłosie akcji internetowej oraz kilkanaście osób urwało się pod kasy miejscowych, gdzie się zaopatrzyło w wejściówki). Generalnie realną liczbą będzie 750. Przy kilkunastu, które na mecz nie weszły. W tym 20 – 25 Wisły Kraków, 6 Motoru Lublin (jeden jechał via Wrocław) oraz 5 Slezsky Opava. 2 fanów Miedzi Legnica.
A po meczu…
Już we Wrocławiu na imprezce, na której wylądowali ziomale z Opavy stwierdzono, że w związku ze znacznym oddaleniem się szans na grę w pucharach powoli można zacząć dogadywać się co do spotkania Śląsk – Slazsky. Podczas pisania tej relacji impreza wciąż trwa. Małżonki jej uczestników dowiadują się o różnych dziwnych sytuacjach które powodują iż małżonkowie jeszcze nie dotarli do domów. Jeden twierdzi, ze autobus się zepsuł, inny gada inne pierdoły… jest wesoło. Wyprawa na mecz pewnie skończy się gdzieś w poniedziałek rano…