Nasze wyjazdy Bełchatów 16 X 2009 GKS Bełchatów – Śląsk 2-0 Dawno nie graliśmy w piątek na wyjeździe. No to do Bełchatowa jak znalazł. Trzeba było nadrobić piątkowe zaległości. Powyższe zdanie to oczywiście kpina. Po prostu mamy w pamięci obietnice że mecze w ekstraklasie będą się odbywały w weekendy. My, naiwni, zrozumieliśmy że w soboty i niedziele, a ONI nie kłamali, wszak weekend zaczyna się w piątek wieczorem. Przygotowania Z Bełchatowa przyszło pisemko, które nas nieco zasmuciło. Bowiem organizatorzy stwierdzili, że wpuszczą tylko tyle osób ile przyślą wejściówek. A biletów dla kibiców gości posiadają 400 sztuk. Jak na nasze aktualne zapotrzebowanie – tyle co nic. Bilety sprzedawały się jakieś 30 godzin. W poniedziałek rano zaczęto dystrybucję, we wtorek po południu od kas zaczęli się odbijać pierwsi zawiedzeni. Z czasem poszukiwaczy wejściówek było coraz więcej. Z wyborem transportu kłopotu nie było. By dojechać do Bełchatowa koleją trzeba takiej ekwilibrystyki organizacyjnej, że nawet nikomu przez głowę nie przemknęło, by jechać inaczej niż szosą. Wynajęto autobusy i zaczęto organizować fury. Jajo „KKK” wydzwania do naszego redaktora naczelnego: - Słyszałeś o dalszej części protestu? Tym razem mamy podobno jechać tylko na pierwszą połowę? - Nikt się ze mną nie kontaktował. Od kogo to słyszałeś? - Od „B”. On od „G”, a ten zdaje się wziął tę informację z internetu. Z nami nikt się nie kontaktował, ale może dotarto do kogoś innego z Wrocławia? Zaczęło się obdzwanianie. - Nic nie wiem na ten temat. Nikt się nie kontaktował. Może jakiś 15-latek zza komputera sobie całą akcją steruje – śmiał się „K” - Też nic nie wiem. Mamy wychodzić po pierwszej połowie? Jak my przez pierwszą połowę to będziemy na stadion wchodzić – żartował sobie „P”, do którego również nikt z Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców nawet nie próbował dotrzeć. W szybkich konsultacjach zapadłą decyzja, że jeśli ktoś do czwartku się nie skontaktuje z nami (nie – my z nimi, lecz właśnie oni z nami) to mamy w nosie jakiekolwiek akcje. Jazda Godzina startu została ustalona na wyjątkowo szybką. Po to, by przepowiednia o wchodzeniu przez pierwszą część spotkania nie okazała się samosprawdzalną. Jednak jak zwykle u nas – co innego się ustawić, a co innego – dostosować. W jednym z zamówionych pojazdów „coś stukało”, Szofer w razie czego zajechał do mechanika. Okazało się, ze po przykręceniu koła stukanie ustało. No to byliśmy o włos od wcale nie śmiesznej katastrofy. Fatalna pogoda, czyli ziąb i deszcz, miała swoje cechy dodatnie. W piątek, gdy korki urastają do gigantycznych tym razem ludzie woleli nie ryzykować życiem i nie siadali za kierownicami. Dlatego samo przedostawanie się w wyznaczonym kierunku przebiegało sprawnie. Po drodze tradycyjny postój w miejscu śmierci Rolika. Tym razem zapłonęło wyjątkowo sporo zniczy. Wejście Jak zwykle problemy. Zresztą kiedy się okazało, że obserwatorem jest Andrzej Tomaszewski, jełop który doprowadził do przerwania już paru spotkań z idiotycznych wręcz powodów, wiadomo było że lekko nie będzie. Jakie osoba obserwatora - gamonia miała przełożenie na zachowanie ochroniarzy tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że kilku osobników w białych kaskach było kretynami wyjątkowymi. Dowiedziono to metodą doświadczalną. Rozumiemy, ze z co niektórymi wchodzącymi trudno było rozmawiać (o tym za chwilę), ale gdy ktoś chce pomóc ogarnąć sytuację, to wypadało by mu przynajmniej nie przeszkadzać. Kretynowaci byli nie tylko ochroniarze. Mundurowi którzy stali szpalerem u wejścia w uliczkę prowadzącą do wejść także rozumem nie grzeszyli. Idiotyczne „dotknięcia” pałkami przechodzących powodowały ich reakcję. Głupawe odpowiedzi bezbelkowych funkcjonariuszy na wcale nie mądrzejsze zaczepki kibiców (powodowane owymi „dotknięciami) dziwiły tylko do momentu w którym stwierdzono, że idiotyczne komentarze „wymykają się” osobnikom z wyższą szarżą. Podczas wchodzenia zaaresztowany został bęben. „W” doszedł do wniosku, że bez pokwitowania nie pozwoli mu się oddalić. Ale na „słowo honoru” mundurowego jakoś nie uwierzył. Pokwitowaniem był świstek papieru z numerem służbowym jegomościa i jego podpisem. Patologia Kibice aniołkami nie byli nigdy. I nigdy nie będą. Zawsze następują konflikty z różnego rodzaju służbami. Jednak o ile jeszcze 2 lata temu najczęściej „rozmówcami” ze strony kibiców byli ci, którzy jeździli „od zawsze”, to obecnie pyskówki są domeną nowoprzybyłych. To, że świeżacy wdają się w nic nie dające pyskówki z równie nabuzowanymi mundurowymi (niezależnie czy są to ochroniarze czy milicja) to pryszcz. Tak było, jest i będzie. Ale to, że pyskują do starszych stażem i doświadczeniem, musiało doprowadzić do konsekwencji. I w Bełchatowie jeden taki oporny został upomniany przez B”. Chyba do niego nie dotarło, bo jeszcze po meczu próbował dochodzić swoich racji. No to trzeba było z gościem porozmawiać po raz kolejny. Dwie inne osoby robiące dużo szumu także zostały napomniane na tyle, że powinny zapamiętać. Jedna z takich, nazwijmy to delikatnie: „rzucających się w oczy” osób właśnie zaliczała drugi mecz. A pierwszy wyjazd. Do tego tematu na łamach Fana jeszcze będziemy wracać. Mecz na boisku Jakby coś się w grze nie kleiło. PT, jeden z obserwatorów tego spotkania dopatruje się utajnionego konfliktu w zespole. Generalnie - zadowolonych z gry Śląska nie było ani na stadionie, ani przed telewizorami. Mecz na trybunach Interesująco wyglądał stadion. Sektor fanów miejscowych był dość szczelnie wypełniony. Gości – również. Pozostałe trybuny baaardzo luźne. Bełchatów zrobił oprawę. Transparent – dla nas niestety nieczytelny, musicie poszukać na innych stronach. Poza tym zaprezentowali flagi. Ze strony Śląska transparenty i ognie wrocławskie. Może oprawa nie była droga, lecz fajna dla oka. Podczas meczu doszło do swoistej współpracy kibiców obu drużyn. Hasło „Lato” – „co” – „ty kurwo” leciało naprzemiennie. Bełchatów leciał z „Latem”, Śląsk się pytał, Bełchatów kończył. A potem była zmiana. Dotychczas kibice spod różnych znaków łączyli się w bluzganiu na służby i PZPN. Tak zgodnej współpracy przeciw innej osobie lub instytucji z fanami nie zaprzyjaźnionym kibice Śląska jeszcze nie zanotowali. Doping nie powalał, ale był niezły. - Kibice zdali egzamin, Piłkarze nie. Oprawa ładnie wyglądała. Przy tej grze bardziej patrzyłem na oprawę – ocenił wspomniany już PT, który mecz widział w telewizji. Co powiedzieli piłkarze? Po spotkaniu zawodników nie trzeba było wołać pod sektor. Chyba zrozumieli, że dobabolili. Vazgec żegnają się tradycyjnymi „piątkami” powtarzał „sorry, sorry”. Czuł się głównym autorem katastrofy. Natomiast Mila twierdził, że „z lubinkami wygramy”. Po meczu, czyli najciekawsze Kiedy wydawało się, że pozostały jedynie możliwe atrakcje związane z przemieszczaniem się po wrogim nam terytorium, zaczął się zupełnie inny cyrk. Ultrasi zostali, by pozbierać drzewce od transparentów (nie drewniane oczywiście, lecz plastikowe) i inne tym podobne akcesoria. Doszło także do odbioru zaaresztowanego bębna. Co się stało dokładnie, co było zarzewiem awantury – tu się relacje lekko rozpływają. W każdym bądź razie ochroniarze poczekali aż cała ekipa się oddali i pozostaną ultrasi (12 osób w tym kilka dziewczyn) oraz, prawdopodobnie, aż zostanie wyłączony monitoring. Pościągali swoje oznaczniki i zaczęli napierać w 50 osób na ultrasów. Fajny był szef ochrony, u którego próbował interweniować „W”. Wysiadł z samochodu i… zapalił kopa zgłaszającemu nieprawidłowości w działaniu jego podwładnych. To stanowiło sygnał do ataku i ochroniarze obili ultrasów. Normalnie, na kopy i pałami. Ultrasi zadzwonili do reszty grupy. Ochroniarze słysząc powiadomienie telefoniczne bardzo szybko… pouciekali. Parking znajduje się około 500 metrów od stadionu, gdy tam się zorientowano co się dzieje pod stadionem, zaczęto „wracać na miejsce zdarzenia”. W tym momencie zadziałali mundurowi, którzy z jednej strony stanęli szpalerem by nikogo nie przepuścić, a inny pododdział zaczął blokować drzwi autobusów. Doszło do interesującej scenki: idiota w mundurze. pryskał gazem łzawiącym do autokaru. To ostatnie zdarzenie zostało zarejestrowane przez parę osób. Fakt powstania tych filmików i jeden telefon do… bełchatowskiej komendy, jaką polecił wrocławski prawnik, spowodowały, że mundurowi odstąpili od autobusów. Do ochroniarzy też już nie było co biec, bo uciekli. Pobici ultrasi poszli najpierw na obdukcję, a później zgłosili się na… psiarnię. Tymczasem mundurowi zaczęli kombinować, jak tu się pozbyć wrocławskiej wycieczki. Gdy się dowiedzieli, że poszkodowani w komplecie są pasażerami autobusów wręcz chodzili i prosili samochody o wyjazd z Bełchatowa. Część osób, niestety, przychyliła się do prośby. Dlaczego „niestety” – o tym w osobnym artykule „Solidarność Walcząca”. Paru osobom wyperswadowano ów pomysł. Na poszkodowanych trzeba było czekać ponad trzy godziny. Ale taka akcja spowodowała, że mundurowi stali się ostrożniejsi, ale też bardziej nerwowi. Jak zdobyć czapkę wroga? Podczas gdy na bełchatowskiej komendzie wyżsi funkcjonariusze stali się ostrożniejsi, to pilnujący bractwa mieli dość nieoczekiwanego wydłużenia czasu pracy. Co będzie dla nich nauczką na przyszłość. Tymczasem chcąc utrudnić życie oczekującym zrobiono „zakaz chodzenia do sklepu”. Parę osób ominęło to przez nie pilnowany teren ogródków działkowych. Dla jednych (tych z dłuższym wyjazdowym stażem) ciekawa, a dla innych wstrząsająca była relacja 14-letniego gdzieś młodzieżowca, który przedarł się na miasto wraz z ojcem: - Patrolujący zorientowali się, że jesteśmy z Wrocławia, bo mieliśmy barwy na sobie. Pogonili nas pałami. Gdy mnie złapali dostałem pałą i zabrali mi czapkę Śląska. I kazali uciekać do swoich. Co z tego wynika? Co spowodowało agresję ochroniarzy? Wszyscy się śmieją, że skoro nie przypilnowali bractwa które wniosło i odpaliło ognie wrocławskie, to dowiedzieli się, że będą musieli pokryć karę, jaką na pewno nałoży na Bełchatów Ekstraklasa S.A. Czy będzie afera w związku z pobiciem czy nie, to zależy już teraz od poszkodowanych. I od tego, czy monitoring był włączony. Obici muszą pchać sprawę dalej, a na to trzeba nieco samozaparcia. Natomiast obdukcje będą miały mocne podparcie. W sobotę „E” dostała skierowanie do szpitala, bo z obitych nerek wycieka jej krew. Straty Finansowe: oprócz rozprutego bębna połamane dwie tuby. Moralne: największe to to, że część osób nie zrozumiała po co trzeba czekać kilka godzin. Ilu nas było? 450. Około, bo dokładnej liczby podać nie jesteśmy w stanie. W tym 7 Wisly Kraków i 1 Motor Lublin. Ponadto pod stadionem koczowało około 30 osób. Z wiadomych powodów. Spod bramy też momentami darli ryja o Śląsku. 3 osoby cały mecz spędziły na parkingu. A „B” i „J” mimo blokady uniemożliwiającej rozprzestrzenianie się na miasto, poszło sobie „na osiedle”. Przy czym „J” się nudziło o na browarka chodził w ten sposób trzykrotnie, zanim ostatecznie się urwał. Ostatnia osoba, hospitalizowana na miejscu, wróciła do Wrocławia w sobotę rano. KKK, PT, RZ, E, M. |